Patryk Wolny: Wrocławska Królowa na salonach

Zdjęcia Marilyn Monroe, czyli dobro kultury narodowej pod kloszem.

Wierzę, że sensacji wokół zakupu ponad trzech tysięcy fotografii amerykańskiej gwiazdy filmowej i modelki nie trzeba przypominać. Słyszeli o tym zapewne wszyscy wrocławianie, bo przecież jak tutaj przejść obojętnie obok 6,5 mln, zainwestowanych w sztukę, która ze stolicą Dolnego Śląska nie ma praktycznie nic wspólnego? Ot nijak, bo już dziś możemy mówić o nowej spuściźnie naszej kultury narodowej.

Od czerwca ubiegłego roku, kiedy to Hala Stulecia wylicytowała wspomniane zdjęcia, minęło już ponad pół roku, a do Wrocławia dotarło zaledwie 47 fotografii, które z początkiem tygodnia zostały zaprezentowane nielicznej publiczności. Pomimo że sam na wystawie nie byłem, usłyszałem wiele pochlebnych opinii, w tym jedną od mojego dobrego znajomego, który wręcz padał na twarz, oniemiały z zachwytu nad techniką i jakością przedstawianych dzieł. Nie mam podstaw, by zarówno mu, jak i pozostałym nie wierzyć, ba! Wręcz przeciwnie, ufam im i sam wyczekuję lipca, kiedy to i ja będę mógł nacieszyć me oczy tym niecodziennym zjawiskiem.

Jednak jak pięknie by to nie wyglądało, nic nie zmienia faktu, że to zaledwie kropla w morzu, a 47 zdjęć wypada raczej skromnie w porównaniu z 3 tysiącami. Martwią mnie także słowa Pawła Pietrzyka, który na prezentacji zapewnił, że całość kolekcji zostanie najpierw zinwentaryzowana, skatalogowana oraz sygnowana, a następnie trafi do czarnych czeluści Archiwum Państwowego, gdzie, uwaga, będzie dostępna w czytelni, i to tylko w celach prowadzenia badań naukowych. Nagle przychodzi jakoś mniej się cieszyć z całej naszej wrocławskiej kolekcji, która jeszcze na dobre w Polsce nie zagościła, a już mianem kultury narodowej ochrzczona.

Jednak nie łamię się, a wręcz przeciwnie, bowiem Wrocław nie tylko zdjęciami amerykańskiej modelki może się chwalić i szczycić – skrywając je głęboko, głęboko. Dumą napawa także fakt nominacji do jakże mało prestiżowego tytułu „Makabryły Roku 2014” dla budynku z Oławy, który z wyglądu przypomina wielki samochód, a w rzeczywistości jest siedzibą agencji reklamowej. Cóż w tym z dumy? A bo sama konstrukcja niezwykle oryginalna i moim zdaniem wcale nie taka straszna czy brzydka, w dodatku zaopatrzono ją nawet w muzeum zabytkowych samochodów, które może i nie są tak piękne jak Marilyn, ale są za to nasze, i dla nas dostępne – nie tylko od święta, a przez cały rok.

Autor | Patryk Wolny

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCzytanie dla Armenii
Następny artykułENEMEF: Noc Hobbita
Pisze, ponieważ uważa, że tak właśnie należy. Wielbiciel dobrego kina, ale i mocnego reportażu, gdzieś w głębi wierzy, że styl nowego dziennikarstwa przebije się kiedyś do głównego nurtu.