„Paw królowej” [RECENZJA]

Powieść Doroty Masłowskiej „Paw królowej” otrzymała nagrodę literacka Nike w 2006 roku i niebawem zyskała miano drapieżnej satyry na współczesną Polskę. W ramach Europejskiej Stolicy Kultury i Festiwalu Kartoteka Rozrzucona tekst Masłowskiej przeniesiony na deski Teatru Starego w Krakowie w reżyserii Pawła Świątka można było zobaczyć we wrocławskiej Starej Piekarni – pisze Sabina Misakiewicz.

Na scenie czwórka młodych aktorów: Paulina Puślednik, Małgorzata Zawadzka, Szymon Czacki i Wiktor Loga-Skarczewski. Wszyscy w ubraniach, jak do tenisa. Białe polówki i spodenki oraz sportowe skarpety i obuwie. Reżyser Paweł Świątek i scenograf Marcin Chlanda zamknęli ich w zielonej przestrzeni, przypominającej boisko do squasha, a może starą video grę polegającą na odbijaniu piłeczki. Ogromna piłka/kula wisiała im nad głowami. I to ona była tu clou. Jej odbijanie. Nie dosłowne. Metaforyczne. Tekst Masłowskiej w konwencji składanki hip-hopowej, naszpikowany wulgaryzmami i seksualnymi podtekstami wypadał z ust aktorów z prędkością piłki tenisowej odbijanej przez najlepsze rakiety świata. Szybko, sprawnie, dowcipnie, błyskotliwie.

Historia opowiada o losach postaci, jakby wyjętych z kolorowych brukowych gazet lub portali plotkarskich. Mamy więc Patrycję Pitz, najbrzydszą w świecie laskę, która ma dość wygórowane o sobie mniemanie; Retro Stanisława, gwiazdora muzycznego biznesu, który zrzyna solówki gitarowe z innych zespołów i rękę ma za ciężka wobec swoich dziewczyn;  jest i Szymon, zakłamany agent Retro Stacha, oraz była dziewczyna Ewa i obecna zapoznana podczas wypadku na scenie-Przesik Anna,  poetka-neolingwistka. Wszystkim zależy na kasie i karierze.

Tempo jest tak ogromne, że nie sposób zadać sobie pytania, jak oni to robią? Z trudem łapią oddech, męczą się i pocą, a i tak wypadają znakomicie i nie pozwalają ani na moment odetchnąć widzowi. Poszczególne wejścia aktorów, to rwane szarpane, monologi, zbudowane na  formie przerysowanych niby z komiksu lub brukowca wydartych anty-bohaterów. Fascynują, nie pozwalają się wyłączyć, choć w tej gonitwie słów przychodzi moment zmęczenia i wrażenie, że już nic innego się tu nie wydarzy. I takie myślenie, to duży błąd. Wciąż dzieje się sporo. Wciąż utrzymując wysoko poprzeczkę udowadniają w jak znakomitej są formie i jak dobrą robotę zrobił reżyser.

Po spektaklu pozostała mi myśl, że świat coraz częściej wygląda, jak video gra lub telewizyjny gówniany show. I to było smutne.

Autor | Sabina Misakiewicz

P.S. Radość sprawiło mi natomiast wejście za kulisy i podziękowanie aktorom za ich znakomitą pracę i za to, że nie wychodzę z teatru bez refleksji.

  • Zdjęcie | R. Kornecki / Stary Teatr w Krakowie