O trzyletniej historii Antykabaretu „Dobry Wieczór we Wrocławiu” rozmawiamy z Pawłem Gołębskim, znanym wrocławskim dziennikarzem i konferansjerem, który z Antykabaretem związany jest od pierwszego spotkania.

*

Jak to było na początku?

PAWEŁ GOŁĘBSKI: – Na początku Marek bardzo się spocił. Ubrany był, jak ten pan z neonu „Dobry wieczór we Wrocławiu” i tak też się ukłonił. Następnie zapowiedział doktora Bednarka, który kwiecistym językiem przeprowadzał przez labirynty intelektu. Byłem przygotowany. Miałem… „Hymn Gazpromu”. Następnego dnia, w gazecie napisali, że pięknie śpiewałem po rosyjsku piosenki… Sinatry. Zapowiadało się zatem ciekawie.

Jak zmieniły się spotkania na przestrzeni lat?

– Oj, bardzo. To już zupełnie inny Antykabaret. Kiedyś nie było tak rozwiniętej technologii i komputeryzacji. Chętnych do przyjścia przybywało, więc Marek zastosował rozwiązanie z ZUSu. Dziś każdy widz pobiera przy wejściu numerek. Numerek „A” oznacza, że interesuje Cię scena, „B” to rozmowy towarzyskie, „C” oznacza, że przyszedłeś się najeść i napić. Trzeba tylko patrzeć na tablicę świetlną i uważnie słuchać komunikatów. W poczekalni jest tłoczno, ale wszystko dosyć sprawnie się odbywa.

Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci?

– Raz przyjechaliśmy na Antykabaret z kamerą Breaking Muse. Pamiętam, jak wielu ludzi mówiło, że przyszli „na Kocota”. Bardzo się cieszę i gratuluję!

Rozmawiał | Daniel E. Groszewski
Zdjęcie | arch. Antykabaretu