Z Pawłem Rańdą, srebrnym medalistą IO w Pekinie, propagatorem ruchu i sportu, a także nowym radnym miejskim rozmawiamy o planach na przyszłość i możliwościach związanych z nową funkcją społeczną.

*

Dlaczego kandydował Pan w tym roku do Rady Miasta Wrocławia? Cztery lata temu nie udało się Panu uzyskać wystarczającej liczby głosów.

PAWEŁ RAŃDA: – Przede wszystkim cztery lata temu to było na zasadzie folkloru. W tym czasie jeszcze trenowałem, więc nie traktowałem tego do końca poważnie. Nie zrobiłem kampanii i nie próbowałem walczyć o miejsce. Propozycja została złożona. Podchodząc do tego z perspektywy czasu myślę, że była potrzebna osoba, która zapełni czwarte miejsce. W tym roku to była przemyślana decyzja. Możliwe, że jestem zbyt dużym idealistą, a te cztery lata okażą się zderzeniem, które spowoduje, że to będą moje pierwsze i ostatnie cztery lata w radzie miejskiej. Generalnie idę po to by coś zmienić. Jest dużo do zrobienia jeśli chodzi o sport i rekreacje we Wrocławiu. Stąd moja decyzja, by jednak dać się namówić. Zadzwonił do mnie kolega, który zapytał czy zdecydowałbym się na kandydowanie. Zgodziłem się pod pewnymi warunkami, które nie zostały dotrzymane. Dusza sportowca i takie niedotrzymanie słowa, zmotywowały mnie do pracy. Na pewno bym popracował, ale jak ktoś robi mi na przekór, to ja udowadniam, że nie ma nic niemożliwego. Pierwszy raz dostaje się do rady ktoś z tego miejsca i jest to dla mnie sukces. Widząc jakie nakłady poniosły osoby, które chciały się dostać się z pierwszego, bądź drugiego miejsca myślę, że ja mam dziesięciokrotnie mniej „kosztujący głos”. Uważam, że to też jest ważne, żeby nie wydawać pieniędzy na coś co jest sztuczne, czyli nie robić z siebie osoby, którą się nie jest i nie przekonywać do siebie społeczeństwa poprzez wymyślane slogany. To jest nienaturalne, ale każdy robi to co uważa i tak jak jego sumienie mu podpowiada. Moje idealistyczne podejście jest takie, by coś zmienić i mieć wpływ na to co nas otacza. Nie wiem czy będę w stanie się przebić, to jest jednak takie gremium, które trzeba przekonać. Czy mój charakter na to pozwoli? Ja śmiem twierdzić, że Ci którzy są przekonani, że będzie ze mną lekko, przekonają się, że tak nie będzie. Ja idę do rady po to by coś zmienić, a nie po to by zrobić komuś dobrze.

Podczas spotkania wyborczego, które odbyło się 13 listopada, wspomniał Pan o inkubatorze dla klubów sportowych. Czy mógłby Pan powiedzieć o nim coś więcej?

– Na razie nie chcę mówić więcej. Podczas spotkania, na którym było około 20 osób, wysłychałem potrzeb i żali, a następnie zapisałem sobie wszystkie sugestie. Jednakże musi powstać portal, którym będzie zarządzało miasto. Uważam, że powinno się go zbudować w oparciu o uwagi ludzi, którzy go najbardziej potrzebują. Wiem, że to jest koszt, ale brakuje miejsca, w którym każdy mógłby się dowiedzieć takich informacji jak: jeżeli chcę uprawiać jakąś dyscyplinę to gdzie mam się zgłosić, jeżeli chce wynająć boisko to gdzie, w jakich godzinach i ile to kosztuje i jeśli chce zarezerwować, to to robię. Jest jeden system, który wszystkim zarządza, a nie na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, bądź kto ma znajomości np. z panią dyrektor, ten ma większe fory. Tak nie może to wyglądać, bo przede wszystkim powinni korzystać z tego najmłodsi i ci co rzeczywiście chcą trenować, a nie ci co chcą zarobić. Zysk jest bardzo ważny, ale można zarabiać w inny sposób.

Czy będzie można liczyć na pomoc administracyjną?

– Powinno być też takie miejsce, w którym ludzie dostaną wytyczne jaką drogą się pokierować i co trzeba zrobić np. dowiedzą się jak założyć klub sportowy, gdzie muszą złożyć dokumenty.

Przydatne…

– …przydatne, ponieważ coraz więcej osób chce coś robić. Dodatkowo zauważyłem, że ludzie  zaczynają doceniać wyniki sportowców. Spowodowane jest to tym, że coraz więcej osób zaczyna biegać, bądź chodzić na siłownie. Po pewnym czasie zauważają ile trzeba włożyć wysiłku by osiągnąć sukces w sporcie. To jest właśnie budowanie świadomości. Ta osoba, która pójdzie na siłowanie trzy razy w tygodniu, pobiega na bieżni i zobaczy, że ten efekt, aby schudnąć, bądź przebiec maraton wymaga pracy przez minimum sześć miesięcy. A przychodzi jeden kryzys, drugi na przestrzeni roku, bo już mu się nie chce, bo mu się już nawarstwiło, a teraz uświadamia sobie, że taki sportowiec dwadzieścia lat dochodził do tego, na czym mu zależy. Oczywiście jednemu zależy na tym by przebiec maraton, a innemu by zdobyć medal na igrzyskach olimpijskich.

Czy żałuje Pan, że zakończył karierę?

– Żałuję, ponieważ wiem na ile jeszcze wartościowym byłem zawodnikiem. Dodatkowo mój charakter nie pozwalał mi na to by być uzależnionym od decyzji kogoś kto patrzy na mnie z perspektywy lubię czy nie lubię, a nie na wyniki. To, że powiem komuś wprost, nie obrażając nikogo, prawdę na temat jego działania i traktowania ludzi, to nie znaczy, że ta osoba będzie mnie upokarzać, ponieważ jest wyżej w hierarchii w związku i ma wpływ na to, że ograniczy mi dofinansowanie. Gdy dyrektor sportowy chciał nam zabrać stypendium, wspólnie z kolegami, powiedzieliśmy, że jest to najgłupsze rozwiązanie jakie można było wymyślić. Jest wiele metod, aby na kogoś wpłynąć na przykład poprzez rozmowę, czy zwrócenie uwagi. A takie metody, to metody podwórkowe.

Jakie sporty Pan popiera?

– Każdy sport oraz aktywność fizyczną. We Wrocławiu mamy dużo inwestycji, może trochę za mało tych, które skupiałyby się na sporcie. Jednak te inwestycje to często obiekty, na których powinno tętnić życie. Za mało inwestuje się w masowość sportu, która zaczyna się już na placu zabaw. Tam dzieci nabierają wartości, które są potrzebne. Tam zaczynają zarażać się ruchem, a później sportem. To jest naturalne przejście z chęci robienia czegoś poprzez ruch do uprawiania jakiejś dyscypliny. Im większa masa dzieci na placu zabaw, później na małych boiskach, tym więcej w klubach sportowych. One stają się świadome tego co chcą robić i ta świadomość wykracza poza to co mają dostępne tylko i wyłącznie na boisku czy placu zabaw. Potrzebują do tego trenera, bądź instruktora, żeby zaczął ich kształtować w danej dyscyplinie, która im gdzieś zaczęła leżeć. Jest też dużo dzieci i młodzieży, która tak naprawdę nie wie co by chciała uprawiać i to też jest bardzo ważne by wyrabiać świadomość wsród tych dzieci, ale także wśród rodziców, którzy często nie wiedzą jak ważny jest rozwój motoryczny dziecka. W złotym wieku nasze pociechy najwięcej chwytają nawyków ruchowych i usprawniają się, co powoduje, że są zdolne do podjęcia wybranej dyscypliny z dużą łatwością. Nauka ruchu jest dużo prostsza u dziecka, które psychomotorycznie jest bardzo dobrze rozwinięte, niż takiego, które rodzice zapisali na piłkę nożną, ponieważ jest ona prowadzana w sposób piłkarski, a nie ogólnorozwojowy. Dlatego potrzebne są nie tylko twarde projekty, ale także miękkie, które będą skupiać się na rozwijaniu świadomości i zachęcaniu dzieci i młodzieży do sportu.

A gdy dyrektorzy szkół nie są zainteresowani promowaniem sportu w szkołach?

– To jest walka z wiatrakami, ale tę walkę można wygrać. Moje drogi skierowane są na dwie komisje – sportu i edukacji. Rodzice, którzy są dojrzałymi ludźmi, najczęściej tak bywa choć zdarzają się wyjątki, są świadomi tego co ich otacza i co jest dobre dla ich dziecka. Najlepiej edukować poprzez uwidacznianie tego co się dzieje z dzieckiem, kiedy nie ćwiczy, nie jest w ruchu, do czego doprowadzają wady postawy. Często rodzice nie zdają sobie sprawy z tego jak wada postawy może zdeformować ciało np. w pewnym momencie skolioza zaczyna przeradzać się w taką wadę, że płuca stają się niewydolne i nie do końca rozwinięte. Poprzez takie budowanie świadomości wśród rodziców to można zmienić. Dyrektorów szkół też trzeba zmieniać. Myślę, że świadomość to jedno, ale tu trzeba wziąć bata i wprowadzać zmiany nie na zasadzie czy mi się to podoba, czy nie, tylko tak ma być. Nie tylko my będziemy mieli korzyści w postaci zdrowego społeczeństwa, ale też miasto, bo to są mniejsze nakłady na opiekę zdrowotną. To są naczynia powiązane. Później nie trzeba się zastanawiać nad wykluczeniami, ponieważ nie trzeba animować dzieci, które są z patologicznych rodzin i nie mają pomysłu na życie, więc zaczynają kraść, bić itepe. Jednak trzeba czasu, aby wypracować ogólny system.

Czy pomoże Pan niszowym dyscyplinom?

 – To nie jest takie proste, ponieważ największym problemem tych dyscyplin jest infrastruktura. W związku z tym, tu już wchodzą twarde projekty. Dodatkowo a z drugiej strony niedofinansowanie ludzi, którzy to robią – czyli trenerów. To są najczęściej osoby, które poświęciły życie danej dyscyplinie, ale nie są na tyle nagradzane za swoją pracę, że nie mają czasu, by zrobić nabór. Muszą pracować, by mieć za co żyć. Bardzo często trenerzy zarabiają najniższą krajową, albo jeszcze mniej. Z kolei jest jeszcze program trenera w MCS–ie, w którym też jest trochę wypaczeń, które trzeba zmienić. Ideą było, że trenerzy, którzy tam są zatrudnieni, trenują głównie młodzież i ten narybek, który jest później potencjalnym wrocławskim bohaterem.

Jaki ma Pan plan względem Odry?

– To jest bardzo trudny plan, aczkolwiek nie jest niemożliwy. Dwie największe imprezy na wodzie, które dzieją się we Wrocławiu, są moimi imprezami. To jest Tumski Cup i Odra River Cup. Z tym, że organizatorem tej drugiej jest Politechnika Wrocławska. Teraz ja przejąłem tę organizację, a Tumski Cup to moje dziecko. Mimo, że mamy dwie duże imprezy, musimy zrobić coś, by Odra jeszcze bardziej żyła. Jednakże z Odrą jest pewien kłopot. Mimo, że przepływa przez Wrocław, nie należy do miasta. Jest pod zarządem państwowym, czyli wojewody. Wszystkie rzeki należą do Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej. W związku z tym, trzy metry od wody wgłąb lądu to RZGW, a dalej to miasto, ale na przykład wały również należą do RZGW. I to jest skomplikowane. Bardzo często ludzie o tym nie wiedzą. Jednakże Odra jest moim konikiem, zrobię wszystko by przez te cztery lata wpłynąć na rozwój turystyczny w tych miejscach i obszarach, gdzie będę miał na to wpływ. I to jest to co będę w stanie zmienić na Odrze od strony wrocławskiej.

Prezydentowi Wrocławia brakowało osoby, która czuje wodę?

– Tak, ale teraz jest już taka osoba. Jest dużo do zrobienia. Odra nie może być zamknięta dla ludzi. Nie może mieć miejsca taka sytuacja, że turyści przypływają z Niemiec na łódkach, bądź na kajakach i tak naprawdę nie mają gdzie wysiąść, żeby mogli zostawić kajak i pójść pozwiedzać Wrocław. Nasze miasto ma tylko jeden camping, a naprawdę dużo osób jeździ camperami, ale na to też mam pomysł. Miasto powinno stworzyć camping z prawdziwego zdarzenia, gdzie będzie można przyjechać, odpocząć, zostawić łódkę, a następnie pójść pozwiedzać. To kwestia czasu, którą pomału chciałbym wdrażać w życie.

Będzie Pan robił wszystko sam, czy chce Pan uczyć ludzi, żeby sami się organizowali? Podczas ostatnich regat to studenci wszystko przygotowali, Pan im tylko podpowiadał jak to zrobić.

– To jest tak jak z budżetem obywatelskim, jeśli ktoś chodzi za czymś to później broni tego jak lew. Uważam, że to jest najlepsze rozwiązanie, żeby cały czas uruchamiać w ludziach to, aby działali. Aczkolwiek czasami to nie jest takie łatwe. Niektórym wydaje się, że to jest niemożliwe – i tu trzeba edukować i wyrabiać świadomość, że można. Na pewno będę starał się w jakiś sposób animować, ale też pomagać. Czasami ktoś ma werwę i pomysły, jednakże niekiedy trzeba go stonować. Ważne jest to, aby nie zbić ich do zera, ponieważ osoba może się zniechęcić. Im więcej pomysłów tym lepiej. To jest tak jak przy burzy mózgów, jeśli ktoś przedstawi jedną koncepcję, to siedzimy nad nią i boimy się odezwać. Natomiast gdy każdy rzuca pomysły, to na pewno z jednego z nich zrodzi się fajna idea. I to jest najważniejsze.

W poprzedniej kadencji w radzie miasta zasiadał Maciej Zegan, który jako sportowiec niewiele zrobił. Czy odczuwa Pan presję społeczną?

– Każdy ma inny charakter. Niektórzy robią coś co jest naturalne i jest ich codziennością, a inni robią coś co jest tylko chwilą w ich życiu i później zderzają się z rzeczywistością. Ja się nie boję, że ktoś zarzuci mi, że nic nie będę robił. Prędzej mogę mieć problem z przerobami. Czasami następuje moment, w którym trzeba wykonać ileś rzeczy naraz, ale to jest przejściowe. Wiadomo, że gdy jest czas organizowania zawodów, to ten temat przewija sie praktycznie dzień w dzień, ale ja się tego nie obawiam, bo robiąc dalej to czym się zajmowałem do tej pory to będzie tylko ułatwione, pod tym względem, że trochę ludzi to dostrzeże. Nie lubię się chwalić, jednakże podczas kampani wyborczej musiałem to zrobić, co burzyło moje podejście do życia. W najbliższym czasie idę na lekcje z olimpijczykiem do szkoły. Ktoś może zarzucić mi, że już to robiłem, ale ja będę to robić niezależnie od tego czy jestem w radzie, czy nie. To jest potrzebne, ponieważ bardzo często na spotkaniach z dziećmi mówię o zdrowych nawykach żywieniowych, a także o tym by wyciągały rodziców na spacer. Zawsze ileś dusz nawrócę na właściwą drogę.

Rozmawiała | Marta Burchacka