Pawlikowskiego spotkanie z widzami

Będzie to polski film, jednak nie o Polsce, czy o kwestiach polskich, to film po prostu o ludziach – mówi Paweł Pawlikowski, zdobywca Oscara, o swoim kolejnym filmie.

Niedzielny wieczór we wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty. Stoję w kolejce liczącej dobre piętnaście osób, spoglądam nerwowo na zegarek i zastanawiam się, czy uda mi się odebrać bilety na seans filmów Pawła Pawlikowskiego. Podsłuchuję rozmowy, uświadamiam sobie, że kino żyje i to żyje pięknie.

Jeszcze nie tak dawno Nienawistna Ósemka pobijała małe rekordy popularności, Polacy chcieli oglądać nowego Tarrantino, a przecież nie jest on twórcą łatwym w odbiorze. W dodatku ponad dwa tygodnie przed polską premierą piracka wersja dostępna była już w Internecie. Co prawda jakość obrazu słaba, no ale jeśli komuś zależy… to pójdzie do kina, a przynajmniej warto mieć nadzieję, że właśnie tak postąpi, bo warto.

Gdy odbierałem bilet, starszy pan przy stanowisku obok dopytywał o ostatnie wolne miejsca na Pawlikowskiego: pani z obsługi obiecała, że zaraz sprawdzi co się da zrobić. Końca tej historii nie poznałem, jednak sala filmowa wypełniona była po brzegi, co idealnie obrazuje zainteresowanie tą postacią, polskimi twórcami i kinem. Seans dwóch filmów dokumentalnych wyświetlanych na zakończenie Przeglądu filmów Pawła Pawlikowskiego: Podróży z Żyrinowskim oraz Podróży Dostojewskiego wieńczyło godzinne spotkanie z samym reżyserem.

 

Skromny Mistrz

– Z mistrzostwem to co ja robię nie ma nic wspólnego – opowiadał Pawlikowski na pytanie Jana Pelczara, dziennikarza prowadzącego spotkanie. – Uczę się na własnych błędach i z własnych filmów. Nawet do szkoły filmowej nie uczęszczałem – mówił, a jednak my tam siedzieliśmy, pełna sala, wszyscy zainteresowani, pochłonięci bez reszty. Ludzi przybywało coraz więcej, wszystkie miejsca zajęte, siadali więc na schodach i słuchali.

– Do kina wszedłem jako amator. Zacząłem kręcić krótkie filmy, takie pretensjonalne, nie rozumiejąc, jak trzeba to robić. Trochę wtedy pisałem, zajmowałem się muzyką, fotografią. Mój ojciec zawsze wyzywał mnie od nieuków. Niczego nie chciałem się nauczyć, byłem zbyt dumny, arogancki, ale jakoś wszedłem w robienie filmów. I to przede wszystkim dokumenty mnie tak wyzwoliły, nagle poczułem grunt pod nogami.

„Moskwa-Pietruszki”, poemat Wiktora Jerofiejewa, inspiracja, pierwszy film Pawlikowskiego. Reżyser opowiadał o początkach swojej kariery w BBC, o kręceniu filmów dokumentalnych dla telewizji w czasach, kiedy miało to jeszcze sens: – To był taki okres, gdzie można było w telewizji brytyjskiej robić dokumentalne filmy z napisami, bez komentarza. Dziś już się tego nie da zrobić. Miałem sporo szczęścia, że trafiłem na taki okres, w którym można było sporo poeksperymentować.

Jednak szczęście to nie wszystko.

Film musi być przygodą, potrzebą opowiedzenia, przekazania komuś historii. Widz siedzący w kinie, przed wielkim ekranem, oczekuje wielu emocji, zabawy, ale też i smutku. Często, by móc porwać, zrobić ten dodatkowy krok do przodu trzeba decydować się na działania z pozoru szalone.

Nie bałem się skakać na główkę. Pomogły kontrakty, które miałem z BBC, stała pensja. Wiedziałem, że nie umrę z głodu, że mogę sobie pozwolić na takie szalone projekty.

– Będzie to polski film, jednak nie o Polsce, czy o kwestiach polskich, to film po prostu o ludziach – zapytany o swój kolejny projekt reżyser przyznał, że ma już gotowy scenariusz, a sam pomysł na całość rozwijał się w jego głowie już od dawna, podobnie zresztą, wyglądało to w przypadku poprzednich produkcji.

Akcja kolejnego filmu dzieje się w Polsce, do pracy zaangażuje polskich aktorów, więc i cały projekt będzie Polski. Jednak Pawlikowski nie zamierza poruszać w nim kwestii politycznych, czy dotyczących polski, jak to miało miejsce w przypadku Oscarowej „Idy„.

– Już mam scenariusz, który pewnie jeszcze będę zmieniał wiele razy, mamy strukturę, postacie i relacje, które świetnie działają. To historia, która chodzi mi po głowie latami. Historia miłosna o parze, która nie pasuje do siebie, jednak nie może bez siebie żyć. Melodramatyczna opowieść o dwójce ludzi – opowiadał, dodając, że teraz pozostaje szukanie środków na realizację, zwłaszcza, że część scen kręcona będzie zagranicą.

 

W czasach gdy filmy kręci się iPhonem

W połowie spotkanie przyszedł czas na pytanie od publiczności. Jeden z widzów zapytał o rady dla początkujących filmowców. Żyjemy w czasach, gdy filmy kręcić możne niemal każdy, wystarczy telefon, chwila wolnego czasu, lub też przypadek, a nasze dzieło może mieć tysiące, a nawet miliony wyświetleń w Internecie.

– Trzeba chcieć, mieć potrzebę – mówił reżyser, jednocześnie zastrzegając, że nie ma jedynej słusznej rady. Polecał za to film „Tangerine”, który w całości kręcony był iPhonem, a znalazł duże uznanie zarówno pośród krytyków.

Można wysnuwać wnioski, że Internet staje się nową telewizją, miejscem gdzie ludzie młodzi, chcący iść choćby w ślady Pawła Pawlikowskiego mogą eksperymentować i się bawić, sprawdzając się, rozwijając i poszukując.

 

Czy Bóg istnieje?

– Czy pan jest osobą wierzącą w Boga? – zapytała dziewczyna z widowni. Zauważyła także, że reżyser w swoich filmach: „Ida„, czy „Lato miłości” pojawiają się wątki religijne, które pozostają bez odpowiedzi. Pawlikowski przyznaje: „Mam na pewno poczucie, że bez wiary w jakiś absolut, trudno jest żyć, wytrzymać życie, więc tak. Jednak „Lato miłości” było dawno temu, więc trochę się zmieniłem.” Przyznaje także, że w Polsce trudno jest wierzyć, ponieważ religia jest polityczna.

Nigdy nic nie jest ani czarno-białe. Podobnie z kinem i filmem. Odtrącając na bok całą dyskusję nienawiści, która wywiązała się w związku z filmem „Ida” oraz sprawą polsko-żydowską i kwestiami religijnymi, dobrze jest otrzymać Oscara, zostać wyróżnionym. Dla wielu to właśnie Oscary są wyznacznikiem pewnej jakości, prestiżu.

Dlatego kiedy wyróżniony zostaje polski reżyser za polski film w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny, powinniśmy to docenić. Sam obraz może się nie podobać, nie musi, jednak każda kolejna nagroda, to sygnał, że polski film się rozwija, a to powinno cieszyć. Cieszyć powinien także zarówno sukces Tomasza Wasilewskiego w Berlinie, jak i Przeglądu filmów Pawła Pawlikowskiego wzbudzający ogromne zainteresowanie. Bo jeśli nie my, widzowie, będziemy wspierać polski film, to nikt inny za nas tego nie zrobi. I osobiście  biorę to za dobry znak, że kasowy „Deadpool” za dziesiątki milionów dolarów cieszy się w polskich kinach mniejszą popularnością niż komedia romantyczna „Planeta Singli„.

Na zakończenie prowadzący żartował, że zada pytanie rodem z pudelka o to, gdzie reżyser przechowuje swoją statuetkę Oscara. Pawlikowski także żartem odpowiedział, że służy mu ona do podrywania niewiast w Warszawie. Przyznacie, całkiem przydatna ta amerykańska dekoracja.

Spotkanie ze znakomitym reżyserem, jakim niewątpliwie jest Paweł Pawlikowski, zorganizowane zostało w ramach Europejskiej Stolicy Kultury przez Kino Nowe Horyzonty.

 

Autor | Patryk Wolny