Ło Jezusicku. Mijający tydzień był dla mnie niezwykle intensywny. Tak samo jak ubiegły weekend. Jeżeli czytałeś mój poprzedni wpis to wiesz, że jechałem pełen obaw na spotkanie z harcerzami. Obaw, że prawdziwe jest powiedzenie, że „harcerz nie pije i nie pali”. Okazało się, że zupełnie nie było czego się obawiać.

Wręcz, po przeżyciu tego weekendu chyba przyjmę brać harcerską do grona największych przyjaciół bimbrownictwa, a jeśli kiedykolwiek utworzę Fundację Na Rzecz Rozwoju Bimbrownictwa to przedstawiciel harcerzy na pewno znajdzie się w jej Radzie Programowej. Dość powiedzieć, że szczęśliwie w piątek dotarliśmy na miejsce w środku lasu dobrze po godzinie dwudziestej a już pół godziny później jeden pokój zamienił się w świetlicę w której bawiliśmy się do rana – ze śpiewem na ustach i akompaniamentem gitar, fletów, piszczałek oraz naprędce stworzonych instrumentów perkusyjnych. Jako wierni fani księżycówki w samym środku nocy wyszliśmy w poszukiwaniu zaćmienia księżyca. Księżyc był, a jakże – wielki i łysy, jak to ma w zwyczaju, a i zaćmienie było – nie tyle księżyca ile naszych umysłów. To był jasny znak do zajęcia z góry upatrzonych łózek. Sobota była poświęcona regeneracji organizmu po piątkowej nocy. Spacerki w lesie, zbieranie grzybów a przede wszystkim sen… po śniadanku drzemka, po obiadku drzemka, przed kolacją drzemka. Wieczorem ognisko, kiełbaski, bigos i wielki gar herbatki, który błyskawicznie, za sprawą siedemdziesięcioprocentowego rumu, zamienił się w rozgrzewający grog. Trzeba przyznać harcerzom, że obywatelami są wzorowymi. Pożegnaniom nie było końca gdyż każdy, jak jeden mąż, po zakończeniu procedury żegnania się ze wszystkimi ustawiał się w kolejce do alkomatu i ośrodek wyludniał się w miarę jak kolejni uzyskiwali jedyny akceptowalny wynik – trzy zera. Najczęściej każdy z kierowców musiał zrobić minimum trzy podejścia, więc i  procedury pożegnalne były wielokrotnie powtarzane. A zatem pierwszy SIUP dzisiaj za zdrowie harcerzy,  oby wątroba służyła im jak najdłużej.

Z weekendowego wypadu wracaliśmy z Szanowną Małżonką i dwójką Przyjaciół w fantastycznych nastrojach spowodowanych udanym weekendem i bagażnikiem pełnym pachnących grzybów zebranych przy okazji otrzeźwiających spacerków. W domu już Babcia Halinka i dwie nasze latorośle czekały z niedzielnym obiadkiem i deserkiem, aż tu dwadzieścia kilometrów przed dotarciem do celu… w autku zaświeciły się kontrolki silnika i oleju po czym silnik wydał ostatnie tchnienie z metalicznym pogłosem w tle. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jego ostateczne tchnienie nie tylko tego dnia a w ogóle. Godzinę czekania, na prawieautostradzie z dala od cywilizacji (nie licząc przejeżdżających samochodów), na Przyjaciela z linką holowniczą każde z nas spędziło różnie. Jedni (jak ja) próbowali zdiagnozować usterkę mając pojęcie o samochodzie niewiele przekraczające wiedzę o tym, z której strony jest silnik. Inni przysypiali a pozostali z braku alternatywy czyścili grzyby. Później był typowy HARDCORE – holowanie przy pomocy linki na drodze ekspresowej (nie wiem nawet czy to legalne). Moja Szanowna Małżonka jadąca w pojeździe holującym ponoć widziała śmierć w moich oczach. No cóż – uważam, że to bardzo prawdopodobne. Całe szczęście w całości zameldowaliśmy się pod warsztatem, w którym następnego dnia miał zapaść wyrok. I zapadł. Wyrok skazujący. Najwyższy wymiar kary. Pewnie jakiś młody mechanik jeszcze zrobi z niego jeżdżącą „igiełkę”. Ja zrezygnowałem z wyzwania szukania i przekładania silnika, choć muszę przyznać, że przez moment korciła mnie myśl wsadzenia do Lanosa jakiegoś turbodoładowanego pięciolitrowego potwora i zrobienie z niepozornego Koreańczyka króla ¼ mili. Okazało się jednak, że pod maskę może zmieścić się marne dwa litry, więc zrezygnowałem. Drugi dzisiaj SIUP za drugie życie Lanosa – niech mu nowy silniczek pracuje jak najdłużej a rdza omija szerokim łukiem.

Wydarzenia ubiegłego weekendu spowodowały, że przesiadłem się do komunikacji zbiorowej, której nie eksploatowałem nadmiernie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ja nie przepadam za sportami ekstremalnymi, ale okazało się, że jazda w pojazdach MPK wcale nie jest aż tak ekstremalna jak sobie imaginowałem. Okazuje się na przykład, że większość taboru stanowią sensownie jeżdżące i wyglądające pojazdy. I jeśli nawet coś w nich śmierdzi to najczęściej jest to współpasażer, któremu prawdopodobnie remontują sieć wod-kan… Od co najmniej miesiąca. Poza różnymi niedogodnościami jazda publicznym transportem, ma wiele pozytywów – choćby z punktu widzenia braci bimbrowniczej… Nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się do obiadu wypić lampeczki bądź dwóch sfermentowanego soku z winogron a następnie pojechać ze starszą Szkodniczką na trening. Uwierz mi – w takich warunkach tabor MPK wydaje się jeszcze bardziej ekskluzywny. Reasumując – nie jest idealnie, ale jest znacznie lepiej niż sobie wyobrażałem. Trzeci SIUP za wrocławskie MPK – jedną z wizytówek miasta, które kocham. Obym za kilka lat, jak znowu amputują mi autko od mojej d…, ponownie był tak miło zaskoczony jakością naszego transportu.

Na dzisiaj zakończę, bo weekend tuż, tuż a mnie jeszcze czeka bieganie po bankach w poszukiwaniu chętnego do sfinansowania następcy Lanosa. Zdradzę Ci tylko, że następca jest już wybrany i zarezerwowany i z licznych parametrów, które mogą być mniej lub bardziej interesujące, napiszę jedynie parametr, który będzie istotny dla bimbrowniczej braci – ma lodówkę, do której wejdzie jakieś 3×0,75… Miłego weekendu. SIUP!

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZakończenie sezonu motocyklowego którego NieOgarniesz!
Następny artykułŚląsk przegrywa z Zawiszą
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.