Pierwszy SIUP dla Szanownego Naczelnego – Łubu Dubu, Łubu Dubu, niech żyje nam…

Ostatnio ponarzekałem nieco na brak weny, natchnienia, muzy, itp. itd. Zacząłem się nawet obawiać, że opuściły mnie na dobre, ale na szczęście popełniłem błąd poznawczy. Okazało się, że moja niemoc prawdopodobnie wynikała z nałożenia się przesilenia jesiennego i drobnych kłopotów z pewnym upierdliwym zębem. Na szczęście wiosna tuż, sympatyczna Pani Doktor z ząbkiem się uporała i mogę przystąpić do zanudzania Cię moimi przemyśleniami.

Poprzedni weekend, poza wieczornymi kuracjami homeopatycznymi, upłynął mi na rodzinnych wypadach w rejony różnorakie. Najpierw grzybobranie, które poza relaksem i uzupełnieniem niedoborów tlenu, dostarczyło nam solidnych zapasów grzybków w formie zarówno suszonej, jak i marynowanej, następnie uroczysty apel harcerek na wrocławskim Rynku. Zobaczyłem moje dziecko po dwóch dniach jej pobytu na zlocie harcerskim, stojącą w samym mundurze, z podwiniętymi rękawami (jako każe drużynowa) zmarzniętą jak sopelek. Pierwsze co pomyślała moja Szanowna Małżonka to, że trzeba czym prędzej odwiedzić jakiegoś magistra farmacji w celu zaopatrzenia się w stos pigułek – amunicji służącej do zbombardowania choróbska w zarodku. Pierwsze co pomyślałem ja to, że dobrze jest – dziecko poskacze, porusza rękami i palcami w bucie, to się nauczy wewnętrznie ogrzewać a przy okazji zahartuje. Poza tym rozkaz to rozkaz i nie ma o czym gadać. Jakby nie patrzeć to jakieś 70 lat temu harcerki w jej wieku walczyły, opatrywały rannych i ginęły. Całe szczęście moje dziecko tylko marznie – ot taka subtelna różnica w pojmowaniu tego samego przez ojca i matkę. Ten instynkt macierzyński i potrzeba zaopiekowania się oseskiem są niesamowite. Musze przyznać, że z delikatnym rozbawieniem (nie dyskredytuję tutaj poczynań Szanownej Małżonki vel Troskliwej Mamuśki, wręcz przeciwnie – podziwiam) obserwowałem jak Szanowna moja Małżonka biegnie otulić dziecko (w mundurze!) szaliczkiem (miodowym!), rozgrzewa zdrętwiałe ręce, masuje plecki, przytula… Zabrakło tylko rozmasowywania stópek i chuchania na nie. Jakież to szczęście, że nie mieliśmy przy sobie różowej kurteczki z jakąś Hello Kitty czy inną Barbie i puchatych nauszników w kształcie zajęczych różowych uszu… Być może zadałeś właśnie pytanie „co takiego zabawnego jest w tak cudownej trosce o dziecko?”. A to, że zupełnie niewiele lat wstecz ta Troskliwa Mamuśka, sama będąc harcereczką, marzła w samym mundurze na mrozie, brodziła w błocie, spała na ściółce, zjeżdżała na linie z czterdziestometrowego mostu i jedyne co by sobie pomyślała jakby na apelu podbiegła do niej mama z szaliczkiem to „ale siara”… To jest właśnie znak zmieniających się czasów – moje dziecko prawdopodobnie z ulgą przyjęło matczyną opiekę nie zważając na konwenanse (że harcerz jest twardy, samodzielny i to on pomaga, a nie jemu się pomaga). W takich sytuacjach zawsze przypomina mi się krążący od wielu lat w internecie tekst o dzieciach z lat 70-80 (czyli o mnie między innymi) kończący się pytaniem wyrażającym zdziwienie graniczące z zaszokowaniem, jakim cudem wszyscy przeżyliśmy tak niebezpieczne czasy?

Drugi SIUP zatem za naszą młodzież, żeby bez trwałych uszczerbków na zdrowiu fizycznym, a przede wszystkim psychicznym, dożyła dorosłości pomimo naszej opieki.

Teraz będę powolutku zmierzał ku końcowi moich grafomańskich wybryków, gdyż zapowiada się ciekawy i intensywny weekend, spędzony dla odmiany w gronie… harcerzy, byłych harcerzy, małżonków, partnerów i kochanków harcerzy a także przyjaciół  i znajomych harcerzy oraz osób, które w życiu przy harcerzu nawet nie leżały. Rzecz jasna będzie to weekend zmarnowany, gdyż jak wiesz harcerz nie pije i nie pali. W związku z tym szykują się atrakcje w stylu:

granie i śpiewanie przy ognisku – po kilku SIUP’nięciach byłoby zdecydowanie łatwiej,

podchody – czyli jak tu zagadać wśród trzydziestu ortodoksyjnych harcerzy, że może byśmy coś SIUP’nęli,

nauka pierwszej pomocy – szczególnie metoda usta-usta, jako że na SIUP’anie się nie zapowiada to zapewne w parze z Szanowną Małżonką.

No, chyba że to są harcerze z tego samego szczepu co moja Szanowna Małżonka, która wyznaje zasadę popartą wieloletnim doświadczeniem, że „harcerz pije i pali byle go nie złapali”. Tak więc trzeci SIUP za harcerzy a czwarty na zapas gdyby się spełnił czarny scenariusz. Teraz spadam szukać latarkę i piersiówkę (ja harcerzem nie jestem i nigdy nie byłem). Miłego weekendu. SIUP!

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRekrutacja do KARnetów
Następny artykułPrzegrana na własne życzenie. Górnik – Śląsk 3:2
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.