Pierwszy Siup za moją dietę, a w zasadzie za status quo na wadze. Możesz oczywiście uważać, że to żadna okazja i żaden wyczyn.

W końcu dieta najczęściej jest po to, żeby ta waga spadała, ja jednak po długim weekendzie, wakacjach na RODOS, premierowym wędzeniu wędlinki, urodzinach, Grand Prix na żużlu, drobnym (maluteńkim zupełnie) nieporozumieniu z Szanowną Małżonką, godzeniu się z Szanowną Małżonką, dopingowaniu WKS’u i jeszcze paru innych drobniejszych wydarzeniach, uważam to za gigantyczne osiągnięcie. Podliczenie wyżej wymienionych prowadzi do konkluzji, że w ubiegłym tygodniu każdy dzień obfitował w co najmniej dwa wydarzenia sprzyjające nieumiarkowaniu w jedzeniu i/lub piciu.

O sporcie pisał nie będę, bo żaden ze mnie dziennikarz sportowy. W zasadzie żaden ze mnie dziennikarz w ogóle. Nawet kibic ze mnie jak z koziej… powiedzmy… raciczki trąba. Oczywiście kibicuję naszym kiedy tylko mogę tyle, że wczoraj owym „naszym” był WKS, przedwczoraj Legia, w niedzielę Sparta, w sobotę Gollob z Hampelem, a tydzień temu to mogła być reprezentacja Zimbabwe w narciarstwie alpejskim na igielicie. Moim „naszym” jest ktoś, kto w danym momencie jest mi z jakichś powodów bliższy niż jego przeciwnik. Takie podejście ma jedną zasadniczą zaletę – mogę znaleźć emocje sportowe w dowolnym momencie dnia i nocy przełączając telewizor na dowolny kanał sportowy i na dowolną dyscyplinę sportową. A zatem nie będę się wymądrzał na temat sportu. Powiem tylko, że moja Szanowna Małżonka omal nie skończyła wczoraj na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej po moim gromkim „JEST!!!”, które przerwało jej głębokie zamyślenie i skupienie nad kolejną robótką na drutach realizowaną przez internetowe alter ego mojej Szanownej Małżonki o nazwie Ann Drucik. Całe szczęście, że po ochłonięciu nie rzuciła we mnie tymi swoimi ostrymi, chromowanymi drutami. Żeby dopełnić dramaturgii sceny powiem tylko, że obydwie moje córki zerwały się na równe nogi po moim impulsywnym okrzyku, a biedne stworzenie podobne do psa – nasz York – schowało się ze strachu w łazience. Później starałem się nieco bardziej kontrolować moje zapędy kibicowskie, co było o tyle łatwe, że kolejne cztery reakcje to były wypowiadane półszeptem słowa, które nie nadają się do zacytowania. Tak czy siak za tydzień też planuję zasiąść przed telewizorem i od pierwszej do ostatniej minuty będę wierzył w awans Śląska i za to drugi dzisiejszy Siup.

Dzień przed tymi wydarzeniami obudziłem się bardzo wcześnie rano, jak na warunki urlopowe. Leżące obok poduszki laurki od moich dwóch Szkodniczek uświadomiły mi, że to jest ten dzień, kiedy co roku staję się o rok starszy, ale de facto nic przełomowego, czy choćby ciekawego, poza oczywiście imprezą, się nie dzieje. Od razu przyszło mi na myśl, że w tym roku coś się jednak zmieniło. Do mniej więcej osiemnastych urodzin budziłem się i cieszyłem z tego wyjątkowego dnia, bo byłem coraz bliżej tej mistycznej pełnoletniości. Pobudki w następne rocznice były pozytywne z powodu nadchodzącej imprezy. W tym roku obudziłem się z poczuciem, że nie ma się z czego cieszyć i z nadzwyczajną celebracją trzeba teraz zaczekać do czasów, kiedy zacznę się cieszyć z tego, że udało mi się przeżyć kolejny rok.

Ależ powiało patosem. A ja Ci piszę – drobny bimbrownik jeszcze nie do końca się popsuł. Wróć do początku tekstu i przeczytaj go raz jeszcze. Dla mnie ostatni tydzień to ciąg imprez, więc nie dziw się, że nie skakałem pod sufit z radości spowodowanej nadchodzącą imprezą. Za rok swoje urodziny poprzedzę przynajmniej czterdziestodniowym postem dzięki czemu po przebudzeniu będę najszczęśliwszym jubilatem pod słońcem.

Tymczasem muszę się przyznać do tego, że nie miałem racji (Ci, co mnie znają wiedzą, że nie zdarza się to  zbyt często). Chodzi o moje podejście do składania życzeń za pośrednictwem portali społecznościowych, co uważałem dotąd za zupełnie zbędne, nieistotne i płytkie. Dwa dni temu przekonałem się jak wiele przyjemności sprawiają te wszystkie „stówki”, „zdrówka”, „powodzonka”, itp. nawet jeśli pochodzą od osób, które ledwo pamiętam. Za Was wszystkich, w podziękowaniu za pamięć – trzecie Siup.

A na zakończenie, jako że nie chciałbym zostawiać niesmaku w naszej wrocławskiej rodzinie, pragnę zapewnić, że w przypadku konfrontacji Śląsk-Legia to ci pierwsi są dla mnie „nasi”. Jeśli już sobie wszystko wyjaśniliśmy to ja zakończę na tym. Miłego weekendu. Siup.
Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPanny Młode w MPK
Następny artykułStrefa T-Mobile FanZone na meczu Śląsk – Widzew
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.