W życiu każdego twórcy przychodzi taki dzień, w którym jego Muza chowa się po kątach, natchnienie bierze urlop a pomysły przenoszą się do innego wymiaru. W takim momencie pozostaje dylemat – pisać byle co byle napisać, czy nie pisać w ogóle. Przed takim dylematem stanąłem ja dzisiaj.

Nie to, żebym uważał się za twórcę – po prostu taka analogia mi podpasowała.  W związku z tym, że nie chciałem zostawić Ciebie – mój wierny wielbicielu – bez weekendowego SIUP’a postanowiłem napisać o mojej niemocy „twórczej”. A zatem miłego weekendu. SIUP!

… w sumie bez sensu tak skończyć po napisaniu jednego zdania…

To jest tak, że ostatnio co tydzień działo się u mnie coś ciekawego, więc nie miałem większego problemu z pisaniem – po prostu siadałem i pisałem. Ubiegły tydzień nie należał jednak do zbyt intensywnych i obfitujących w jakieś nadzwyczajne wydarzenia. Ot po prostu – tydzień jak tydzień. Praca, dom, spanie i tak w koło Macieju. Jedyna nowa rzecz, która pojawiła się w tym tygodniu u mnie to ból zęba i chyba oszczędzę Ci czytania szczegółów na ten temat. Swoją drogą wymyśliłem sobie, że do dentysty pójdę natychmiast jak ząb przestanie boleć. I toczę teraz walkę (taki wewnętrzny dialog z moim alter ego) przekonując siebie samego, że jestem twardy, gdyż z potrafię taki ból dzielnie wytrzymać. A drugi ja przekonuje mnie, że jestem tchórzem, bo boję się pójść do dentysty. Więc pierwszy ja mówi, że to nie strach a logiczne myślenie – jak bolący ząb zacznie być szlifowany, wiercony, borowany, itd. to będzie bolał bardziej. Ergo – obecny ból jest już oswojony, więc należy poczekać aż sam odejdzie i wówczas udać się do sadystycznego doktora na przegląd. Biegnięcie teraz do dentysty to tak, jakby po złapaniu gumy w samochodzie, zamiast założyć koło zapasowe i dojechać do wulkanizatora, wzywać lawetę. Poza tym nie od dzisiaj wiadomo, że każdy Polak wiedzę medyczną wysysa z mlekiem matki. W związku z tym sam się diagnozuje i sam się leczy a do lekarza zgłasza się dopiero jak jego metody zawiodą. Tak i ja leczę się z mojego bólu.

Pocieszające jest to, że właśnie rozpoczyna się weekend. Będzie można odstawić specyfiki „bez recepty” a znieczulić się specyfikami homeopatycznymi… no wiesz – na zasadzie często w małych ilościach. Czyli zamierzam robić SIUP w dawkach nie większych niż 25 ml, czynność powtarzać co pięć minut aż do ustania objawów.

Pozwolisz, że już dłużej dzisiaj nie będę Ciebie i siebie męczył. Muza nie wyszła z ukrycia, natchnienie zrobiło sobie definitywnie wolne a pomysły jak zniknęły, tak się nie pojawiły. Jutro jadę na grzyby (bez wujka i cioci), Majka ma zlot Chorągwi, więc za tydzień pewnie będzie o czym pisać czego życzę i sobie i, nieskromie, Tobie. A tymczasem czas na kurację. Miłego weekendu. SIUP!

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKoperty parkingowe dla osób niepełnosprawnych
Następny artykułŚlęza kontra byli piłkarze
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.