Luuuudzie! Różne tytuły i zawody mógłbym sobie wpisać w życiorys, ale żaden z nich nie brzmi: felietonista, pisarz, dziennikarz czy choćby troll internetowy. Napiszesz? – zażartował Wielki Naczelny. Napiszę – zażartowałem ja. Po tygodniu okazało się, że obydwaj nie znamy się na żartach i w ten sposób pojawił się Bimbrownik.

Żarty skończyły się ostatecznie dokładnie tydzień temu, kiedy słodkie lenistwo przerwały telefony, maile i wiadomości na portalach społecznościowych, w miej lub bardziej cenzuralnych słowach upominające się o mój piątkowy wpis. Troszkę przesadziłem. Maila nie było ani jednego. Liczba mnoga w przypadku pozostałych mediów może też nie jest do końca uzasadniona, ale kto by tam liczył. Ile by ich nie było i tak poczułem się doceniony, a to spowodowało u mnie poczucie obowiązku. Chyba się starzeję.

Nie to, żeby to było dla mnie jakieś zaskoczenie. Wszak pierwsze symptomy kryzysu wieku średniego zacząłem miewać krótko po wyjściu ze średniej szkoły. Problem w tym, że zaczynają skracać się okresy bez tych symptomów. Sportowy samochód już miałem, a nawet dwa. Oczywiście Fiat 126p w kolorze sport red, z podwójnym magnetyzerem i sportowym tłumikiem liczy się. Jaki budżet – taki kryzys. Samochód Szanownej Małżonki też się liczy. Jeśli masz wątpliwości to ustalmy jedno: to JA decyduję kiedy mam kryzys, jak on się objawia i co się liczy, a co nie. Przepraszam. Trochę się uniosłem, ale Polak jak głodny to zły… Zresztą o tym potem.

Teraz jestem na etapie kształtowania swojej zewnętrznej powłoki, która nijak nie definiuje mnie, jako człowieka. Krótko pisząc przeszedłem na dietę, bo kupiłem sobie fajne buty i chciałbym je móc podziwiać nie tylko w lustrze. Inna sprawa to swoista bezkompromisowość i bezpośredniość dzieci. O ile Szanowna Małżonka wie, że do samca alfa należy mówić „ Misiuuu. Doskonale wyglądasz. Lubię mieć się do czego przytulić.”, o tyle taka czeroipółletnia Ewcia tego nie wie jeszcze, więc mówi „Ale ci fajnie brzuszek faluje grubasku…”. No nie wytrzymałem za którymś razem i mała, bezczelna Szkodniczka usłyszała, że też na zasuszoną nie wygląda. Tak czy siak od soboty codziennie kontroluję wagę, jem regularne posiłki i niemal doktoryzuję się w zakresie dietetyki  oraz technologii żywienia. Jak coś robić to porządnie i z zaangażowaniem. Nawet nie jest to takie złe i trudne – wystarczy nie łączyć węglowodanów z tłuszczami, jeść dużo białka, pić dużo wody (jak zwierzę normalnie, ale niestety moja dieta nie przewiduje zamiany wody na bimber… albo jeszcze tego nie doczytałem) i nie zapominać o błonniku. Łatwo powiedzieć, gorzej zrealizować z tym błonnikiem. Wczorajsze jego poszukiwania zakończyły dla mnie delikatnym uczuciem absmaku (za to słowo uwielbiam Wielkiego Małego Wodza…). Moje śledztwo wykazało, że dużo błonnika znajdę w otrębach, z których można zrobić fantastyczne musli… muesli… müsli… – no taka mieszanka trocin z zasuszonymi śliwkami, orzechami i innymi pestkami podawana na mleku. Nie wydaje mi się, żeby Bozia stworzyła mnie do jedzenia czegoś takiego. Szczególnie chodzi o te trociny – wybacz, ale jako członek rodziny stolarzy tylko z tym kojarzą mi się otręby i prędzej zastosowałbym je jako ściółkę dla chomika niż wkład do mojej miski. Z drugiej strony czego się nie robi, żeby wyeliminować ryzyko kolejnego uszczypliwego komentarza Ewci. Zatem mieszanka zrobiona i czeka, aż moje zapotrzebowanie na błonnik przeważy niechęć do zjedzenia czegoś, co zostało odsiane od pięknej bielusieńkiej mąki z której piekarz upiekł ten smakowity chleb, z którego masz dzisiaj kanapki… No to pomyśl, że ja jutro na śniadanie będę jadł tą resztę z mlekiem – odtłuszczonym rzecz jasna. Mniamm…

Kończę już, bo rozpocznę ten weekend lamentem za schabowym z frytkami i zasmażaną kapustką. Wszak brukselka z mintajem na parze, które zjadłem na ostatni obiad, dały mi energii wyłącznie na dotarcie do domu i zaraz zacznę przechodzić w stan hibernacji. Za tydzień mam nadzieję będę po lepiej zbilansowanym posiłku i nie będziesz musiał czytać o moich kulinarnych rozterkach. A dzisiaj, żeby mimo wszystko optymistycznie zacząć ten weekend, powiem Ci, że po tygodniu jestem lżejszy o cztery kilogramy (dla zobrazowania – to jest jakieś osiem flaszek bez szkła!). Jak Ci się zechce wrócić tutaj za tydzień, będziesz mógł wznieść ze mną toast za kolejne utracone kilogramy. Lecę uzupełnić niedobory energetyczne. Miłego weekendu. Siup.

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUrbanCity – street fashion night
Następny artykułNajtrudniejszy rywal – FC Sevilla
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.