Uffff…. Mało brakowało a piątkowy felieton napisałbym w sobotę albo i później. Nie to, żebym miał aż tak mało wolnego czasu. To raczej efekt nałożenia się moich dwóch silnych cech.

Jedna wynika z mojej pamięci. Zwykłem powtarzać, że pamięć mam bardzo dobrą… ale krótką. Druga moja cecha doczekała się nawet stopnia wojskowego i jest najczęściej przytaczana przez Szanowną Małżonkę słowami „pan chorąży zawsze zdąży”.

Coś w tym jest, że paradoksalnie im mniej mam czasu tym mam go więcej, bo go lepiej organizuję. Ileż to już zadań zaplanowałem do tej pory w najdrobniejszych szczegółach ze skrojonym idealnie harmonogramem, który zawierał bardzo istotny element – rezerwy czasowe. No cóż, z takiego harmonogramu najlepiej wychodziło mi realizowanie tych właśnie rezerw, a w zasadzie ich marnotrawienie. Stanowiły one idealny wentyl do powiedzenia sobie „spoooko Kosior, masz tydzień rezerwy, więc nic się nie stanie jak dzisiaj nie zrealizujesz harmonogramu”. To podejście najlepiej sprawdziło się przy pracy magisterskiej, którą zacząłem pisać dwa lata przed obroną. Zacząłem, to znaczy opracowałem stronę tytułową i przez następne dwa lata perfekcyjnie przesuwałem harmonogram z dnia na dzień. Aż się okazało, że zostały trzy dni do oddania pracy. Po wybłaganiu u promotora i w dziekanacie jeszcze 4 dni miałem ich siedem. Trochę mało na napisanie pracy magisterskiej, ale dzięki temu udało mi się zdążyć. Tak też troszkę jest z tym moim felietonem – chorąży zdążył. Ledwo, ale zdążył.

Obiecałem Ci, że będzie ciąg dalszy moich zmagań z naturalnymi instynktami sprzed niemal dwóch tygodni. Otóż oprócz nocowania trzeba było coś jeść na tym naszym biwaku. Skoro jest jezioro, to i ryby muszą być. Nie to, żebym był tak wytrawnym wędkarzem. Po prostu o 5 nad ranem, kiedy to zakończyłem moje próby spania na złośliwym materacu, stwierdziłem nad jeziorem rzeszę samotnych panów moczących kije w jeziorku. Zatem rozpocząłem moje starcie z Matką Naturą i jednocześnie popis mojej samczej przydatności przed Szanowną Małżonką i Ewcią. W moim nożu przetrwania oprócz zapałek, draski i paru innych maneli miałem żyłkę i haczyki, pozostało zdobyć kij. Jako, że supersamiec potrzebuje do swoich działań poklasku żeńskiej części populacji, na poszukiwania kija zabrałem moje dziewczyny. Jaki byłem dumny jak swoim nożem przetrwania, niczym najlepszym toporem, ściąłem ponadtrzymetrowy, prosty jak drut kijaszek. Przywiązanie żyłki, haczyka, obciążnika i znalezionego kawałka spławika było już formalnością. Już, uzbrojony niemal w profesjonalny sprzęt, miałem zabrać laski na połów, kiedy to oświeciło mnie, że do tej pory w życiu złowiłem jedną rybkę, wielkości mojego kciuka, w dodatku przez przypadek – zahaczyłem ją niechcący jak wyciągałem wędkę z wody. No cóż – przy takich doświadczeniach chyba zrozumiałe jest, że na sam połów moich Kobiet nie zabrałem. W przypadku niepowodzenia nie byłoby poklasku a raczej rechot… Zasiadłem na pomoście, zrobiłem kulkę z chleba, założyłem na haczyk i zarzuciłem. I czekałem. I wyciągałem, i zarzucałem. I czekałem… po długich dwudziestu minutach siedziałem już w samochodzie i jechałem przez las do wsi oddalonej o jakieś piętnaście kilometrów. Jako urodzony tropiciel wytropiłem kierownika ośrodka, który to dostarczył mi rzeczy najcenniejszej w dzisiejszych czasach – informacji. W owej wsi, za niezadrobną opłatą, urocza Pani Właścicielka Łowiska Komercyjnego dostarczyła mi pełne werwy, piękne i ruchliwe pstrągi. Ale nie to było najważniejsze. Najistotniejsze były słowa Pani Właścicielki Łowiska Komercyjnego: „Pan pewnie z Kosarzyna przyjechał. Głównie mam Klientów z Kosarzyna, bo w Borku (to jezioro, nad którym wypoczywaliśmy) nie biorą”. Normalnie miód na moje serce. Z połowu wróciłem więc z tarczą (a w zasadzie z reklamówką wypełnioną ogłuszonymi rybami), bo pokarm dla mojego stada zdobyłem. A, że sam nie złowiłem? Gdyby brały to na pewno bym nałowił…

Tak mi się przypomniało, że rybka lubi pływać, i że właśnie rozpoczął się weekend, więc nie powinienem już więcej rozprawiać o jedzeniu. Czas przejść to rozważań o piciu – najlepiej praktycznych a nie teoretycznych. A już za tydzień będziesz mógł przeczytać o…  w sumie nie wiem o czym będzie za tydzień. Jak Ci się będzie chciało to wróć za tydzień – będziesz miał niespodziankę. Miłego weekendu. Siup.

Autor: Piotr Kosior