Zgodnie z zapowiedzią śpieszę z informacją, że udało nam się przetrwać w lesie, a i spotkanie z harcerzami nie było takie straszne. Trzeba jednak przyznać, że przetrwanie podróży z 4,5 letnią Szkodniczką z megachorobą lokomocyjną, 3-letnim pseudopsem z megachorobą lokomocyjną, wymaga nieco sprytu, cierpliwości i samozaparcia.

 

Skromnie powiem, że mam tych przymiotów więcej niż „nieco”, więc dałem radę. Szczytem przebiegłości było przekonanie Babci Halinki, że Ewcia wcale nie potrzebuje drzemki po obiadku, w ogóle nie potrzebuje obiadku, w zamian wymaga bardzo intensywnego wybiegania. Całości planu dopełniło nafaszerowanie małej Szkodniczki odrobinką chemii z pobliskiej apteki. Od dwóch lat wybieram środki na chorobę lokomocyjną wbrew reklamom, które polecają „naturalne specyfiki”, które „nie otumaniają”. Przed dwoma laty, chcąc być dobrym rodzicem, który chroni dzieci przed chemią, podczas wyprawy do Chorwacji zaaplikowałem moim dwóm Szkodniczkom (niestety obie siostrzyczki mają taki defekt) takie naturalne, pięknie rozreklamowane, cukierki. Przed nami było ponad tysiąc kilometrów podróży, z czego po pierwszych dwunastu pierwsza dostała ataku choroby lokomocyjnej, a po kolejnych siedmiu druga postanowiła zanieczyścić swoją garderobę i pół samochodu. Przy takiej skuteczności naturalnych cukiereczków nie dojechalibyśmy na miejsce do końca mojego urlopu. Dostały chemię, która skutecznie uchroniła resztę garderoby i moje nerwy i pozwoliła nam w spokoju dotrzeć do celu. Tak też i tym razem połączenie chemii i współpracy Babci Halinki spowodowało, że Ewcia wsiadła do samochodu, zasnęła i obudziła się w środku lasu nad uroczym jeziorem Borek niedaleko Gubina. Psu wystarczyła ćwiartka chemicznej piguły – dzięki temu mogliśmy z Szanowną Małżonką rozkoszować się podróżą po polskich autostradach, po cudnych bezdrożach, a na koniec po pokonaniu ostatniego zakrętu, stanęliśmy oko w oko z tętniącym życiem reliktem PRL’u… Prawdę mówiąc nie sądziłem, że tego typu ośrodki istnieją nadal w stanie niezmienionym od 30 lat. Widok ten i kontakt z „kierownikiem ośrodka” wprawił mnie w doskonały nastrój. Miejscówka została opłacona z góry, ustalone co i jak, obowiązkowy obchód ośrodka z Kierownikiem Ośrodka w celu zapoznania z infrastrukturą, zakazami, nakazami i zwyczajami. Pozostało jedynie rozbić namiot i rozkoszować się bliskim sąsiedztwem, może nie najczystszego, ale bardzo uroczego jeziorka i bezkresnego lasu. Piątek upłynął nam beztrosko na kąpieli w jeziorku, organizowaniu biwaku i  grillowaniu „kiełbasy” śląskiej. Cudzysłów wstawiony z premedytacją, bo to coś ma z kiełbasą niewiele wspólnego i możliwe jest do przełknięcia wyłącznie po solidnym ugrillowaniu i okraszeniu sporą ilością musztardy, ketchupu lub jednego z drugim. Ale dzisiaj nie o śmieciowym jedzeniu i piciu.

W sobotę wstałem skoro świt. Dosłownie. Kilka minut przed piątą. Nie było to trudne zważywszy na to, że w każdej pozycji i w każdym miejscu na świecie było wygodniej niż w naszym namiocie, a w zasadzie na naszym supergrubym, superwytrzymałym, pompowanym superpompką, materacu. Jego obecność w namiocie była warunkiem koniecznym dla obecności mojej Szanownej Małżonki na biwaku, która stwierdziła, że lata harcerskie ma już daleko za sobą więc  nie zamierza się męczyć na karimacie i potrzebuje minimum wygód w namiocie, które ma jej zapewnić wspomniany supermaterac. I rzeczywiście był on wygodny jak wodne łóżko, jednak z mojego punktu widzenia miał jeden zasadniczy mankament. Otóż Bozia obdarzyła mnie słuszną posturą, grubym kośćcem, jak zwał tak zwał, jednym słowem jestem cięższy od moich trzech dziewczyn, psa, królika i wszystkich rybek (bez akwarium) razem wziętych, dzięki czemu moje położenie się na materacu skutkowało natychmiastowym przepompowaniem powietrza w stronę dziewczyn. One leżały wówczas nieco wyżej a ja ziemi… Drugą noc przespałem jednak jak dziecko. Na fotelu w samochodzie. Tak oto zapewniłem moim kobietom komfort i wygodę.

Miało być dzisiaj jeszcze o pierwotnych instynktach, moim talencie łowieckim, tropieniu harcerzy i wielu innych aspektach związanych z naszym wyjazdem, ale wiesz… weekend się zaczyna, Tobie już w głowie inne rozrywki niż czytanie felietonów Kosiora, zatem o tym przeczytasz w następnych odcinkach moich piątkowych wynurzeń (jak Ci się zechce). Dziś jeszcze korzystając z okazji posyłam soczyste buziaki wszystkim Aniom z okazji imienin, a szczególnie soczystego posyłam mojej Szanownej Małżonce. Miłego weekendu. Siup.

 

Autor: Piotr Kosior

 

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGraffiti w Sky Tower
Następny artykułŚląska zagra w Tauron Basket Lidze. Dostaliśmy licencję!
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.