Nie wiem czy już o tym pisałem, ale przymierzam się do rozpoczęcia diety…  Zatem na dobry początek SIUP za powodzenie.

I od razu drugi SIUP za czternaście lat owocnego pożycia z moją Szanowną Małżonką. Z jednej strony zawsze powtarzam przy okazji TEJ rocznicy, o której zawsze pamiętam, bo mam ją wyrytą w złocie noszonym na serdecznym palcu od tamtej pamiętnej chwili, że nie ma się z czego cieszyć. Wszak jedna jaskółka wiosny nie czyni. O sukcesie będzie można mówić jak się nie pozabijamy na emeryturze, kiedy to cały dzień będziemy siedzieć razem, przed jednym telewizorem. Dlaczego moja projekcja nie zawiera dwójki staruszków siedzących przy osobnych telewizorach? Bo już pisanie o tym, że będziemy mieli tą emeryturę jest sporym wyeksploatowaniem złóż optymizmu. Marzenie o takich luksusach jak osobne telewizory byłoby całkowitą degradacją i dewastacją tych zasobów. Niezależnie od tego, minione czternaście lat upłynęło mi błyskawicznie. Ale powiadają, że miłe chwile zawsze szybko przemijają a to było baaaaaardzo miłe czternaście lat…

… coś czuję, że powyżej zapunktowałem u Szanownej Małżonki i czeka mnie dzisiaj jakiś BONUS, ale o tym ciiiiii…

Poza tym miłym akcentem, kończący się tydzień był co najmniej refleksyjny a momentami wręcz smutny. I wcale nie chodzi o wczorajszy mecz, choć i on tą kropelkę goryczy dolał do kielonka. Ja wiem, że piątek nie jest najlepszym dniem na rozprawy o sensie życia, przemijaniu, jednak jedno wydarzenie uświadomiło mi, że uciekamy o tych tematów i w środy i w poniedziałki i w każdy inny dzień tygodnia. Nawet teraz, kiedy to piszę, w głowie mam kilkanaście różnych słów i sformułowań, którymi najchętniej zastąpiłbym to słowo, którego nie chcę użyć… ŚMIERĆ. Coś, o czym nie chcemy mówić, nie chcemy pamiętać, tak jakby odsuwanie tego tematu mogło odsunąć jednocześnie czyhającą kostuchę. A tu nagle okazuje się, że nie ważne ile masz lat, nie ważne jak zdrowy bądź niezdrowy tryb życia prowadzisz, czy palisz czy nie palisz, do pracy jeździsz na motorze, samochodem czy Pendolino, pijesz śliwowicę czy mleko, możesz urządzić sobie popołudniową drzemkę i już się z niej nie obudzić. Nie będę moralizował, bo ja dokładnie to samo robię. Efekty, a raczej skutki są różne. Najważniejszym skutkiem jest to, że mało kto jest przygotowany na śmierć nie tylko swoją, ale i osób ze swojego otoczenia. Jest jeszcze bezduszny wymiar zawodowy takiej tragedii, rozgrywający się słusznie tle – uprawnienia do systemów informatycznych, przejmowanie obowiązków, odzyskiwanie haseł i uświadamianie sobie jak wiele know how organizacji może znajdować się w głowach pracowników. Ale nie to jest istotne. Istotniejszy jest wymiar osobisty, niezależny od poziomu znajomości ze zmarłą osobą, przejawiający się choćby w tym, że kilkanaście razy dziennie zerkasz na biurko koleżanki, która wczoraj zostawiła sobie przygotowaną robótkę na dzisiaj, a dzisiaj już do pracy nie przyszła, bo się nie obudziła. Wtedy za każdym razem uświadamiam sobie ile rzeczy jest jeszcze do zrobienia przed śmiercią. Z drugiej strony jest tak, że za tydzień lub miesiąc już nie będę miał tego dylematu. Znowu skutecznie uda mi się odsunąć ten niewygodny temat na bok. Mam jednak nadzieję, że do tego czasu uda mi się odhaczyć choć kilka pozycji z listy „do zrobienia przed śmiercią”. A teraz SIUP za to, żeby przed tym ostatnim dniem lista była pusta.

Byłbym zapomniał, że wczorajszy dzień zakończył się jeszcze jedną refleksją. Krótko przed północą byłem pochłonięty robieniem miazgi ze śliwek węgierek i upychaniem jej w wielkim szklanym naczyniu z rurką robiącą co jakiś czas „bul, bul, bul”… Powiedzmy, że będzie z tego wino śliwkowe, aczkolwiek jak wiesz, w moich rękach (i rurkach) wino ulega znacznemu zagęszczeniu „procentowemu”, a 55% śliwowicy chyba już winem nazywać nie należy. To błogie zajęcie nagle przerwane zostało przez pojawienie się w drzwiach, niczym zjawy, mojej dziesięcioletniej Szkodniczki z twarzą umazaną krwią jakby dopiero co wyrwała i zjadła serce naszego pseudo-psa. Jeszcze raz sobie wyobraź: dochodząca północ, półmrok, w tle słychać jazzową muzyczkę, z ciemności wyłania się postać dziecka, staje w smudze światła rzucanego przez biurkową lampkę, podnosi wzrok i widzisz nieludzko błękitne oczy wpatrujące się w Ciebie i wyszczerzoną zęby zbroczone krwią… Całe szczęście w czasie, kiedy ja próbowałem złapać oddech i obmyślałem najkrótszą drogę do toalety, moje dziecko przemówiło ludzkim (o ulgo!) głosem obwieszczając, że ostatnie trzy godziny spędziła na wyrywaniu sobie jednego z ostatnich mleczaków, po czym mi go zaprezentowała prosząc o podanie szklanki, w której zostawi go na parapecie dla Wróżki Zębuszki. Jeśli nie wiesz o co chodzi to objaśniam. Mleczaka należy włożyć do szklanki i postawić na parapecie na noc, w nocy przychodzi Wróżka Zebuszka, która zabiera ząb a zostawia kasę. I z tym związana jest już chyba ostatnia w tym tygodniu moja refleksja: na ile to jest jeszcze zabawa a na ile to już handel organami, biorąc pod uwagę fakt, że po pierwsze – Majka wie kto jest tą wróżką (ja oczywiście wszystkiego się wyparłem) a po drugie – nie czekała na wypadnięcie zęba tylko z premedytacją i akceptacją bólu przez trzy godziny go wyrywała! Rano przyszła i obwieściła, że Wróżka była, ale chyba się na nią obraziła, bo zostawiła tylko „dychę” a za poprzedni ząb były dwie „dychy”. Wytłumaczyłem Szkodnikowi, że tym razem, w związku z traumą, jaką przeżyła widząc zakrwawione dziecko o północy, wróżka potrąciła dychę na koszty leków uspokajających i nowej bielizny…

Koniec ględzenia, weekend czas zacząć. Jak będziesz miał ochotę to wróć tu za tydzień. Może będzie wesoło, może smutno, ale na pewno jakoś to będzie. Miłego weekendu. SIUP.

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNie wylosowali Śląska. To znaczy, że nie zagramy w Lidze Europejskiej
Następny artykułNowy przystanek MPK – Arkady Capitol
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.