Poooooszło. Ledwo w ubiegły piątek pojawił się mój debiutancki tekst a już znalazły się dwie grupy Zainteresowanych. Jedni Zainteresowani byli czy aby bimbrownictwo jest legalne w Polsce oraz czy i kiedy pójdę siedzieć. Drudzy Zainteresowani byli gdzie i kiedy mogą ze mną wypić brudzia w realu oraz czy od produktów głowa boli.

Zatem odpowiadam po kolei. Nie. Bimbrownictwo nawet na własne potrzeby nie jest legalne. Tak. Jak mnie złapią na gorącym uczynku to i ze dwa latka mogę spędzić w izolacji od naszego prawego społeczeństwa.  Jednak, jako że uprawiam bimbrownictwo głównie teoretyczne to szanse na to są niewielkie. Tak. Można wypić ze mną brudzia w realu. Dociekliwi dowiedzą się innymi kanałami gdzie i kiedy. I ostatnia odpowiedź to – Nie. Od moich produktów głowa nie boli. Przynajmniej mnie.

Twardy ze mnie facet i twardą ręką wychowuję wespół z Szanowną Małżonką moje dwie córki. Z pamięcią u mnie tak sobie, ale kojarzę, że jedna Maja ma  10 lat a druga – Ewcia ponad 4,5 roku. To, jak się znalazły u nas w domu to już historia na zupełnie odrębne opowieści i chyba Ci ich daruję. Niezależnie od tego są wakacje to i dzieciom należy się z tego tytułu oderwanie od szarej codzienności, więc Ewcia wczasuje się u babci Halinki a Maja pojechała na obóz harcerski. Ot i przez to okazuje się, że facet nie taki twardy jak go malują (albo jak sam się maluje), gdy nie ma kontaktu ze swoją małą córeczką dłużej niż przez dobę. No, bo postaw się na moim miejscu. Od 10 lat dmucham, chucham na tą niebieskooką blondynkę codziennie byle było jej dobrze, żeby się krzywda nie stała. Jak sobie skaleczy paluszek to może przybiec do tatusia, żeby podmuchał i pocałował.  Aż tu nagle wyjeżdża na trzy tygodnie, do buszu (wszak zielonogórskie słynie z gęstych lasów), bez komórki, bez łączności z tatusiem! Dzisiaj mija 12 dzień na obozie. W przeddzień wyjazdu umówiliśmy się, że ja nie będę dzwonił ani do drużynowej, ani do komendantki obozu, ani do kogokolwiek z kadry, kto ma komórkę. Umówiliśmy się, że Maja zadzwoni do mnie jak będzie miała chęć i potrzebę. W pierwszy dzień nie dzwoniła… ok – zajęta jest, drugi dzień – brak telefonu… a u mnie w głowie milion myśli. Może coś się stało – nieeeee to by dzwonił ktoś z kadry… może cierpi straszne katusze, może ją tam uwięzili i torturują, przypalają papierosami – nieeeee, harcerze nie palą. Dobrze, że przyszedł sen i zakończył na moment moje cierpienia. Kolejne dni upływały mi na naprzemiennym zamartwianiu się i pocieszaniu, że moje dziecko przeżywa wspaniałą przygodę. A w chwilach, kiedy nie myślę o biednej, sponiewieranej przez nieokiełznany las

Mai zastanawiam się jak u licha moi rodzice przeżyli tyle wakacji beze mnie, kiedy to szalałem na wsi u jednej lub drugiej babci. Przede wszystkim jednak – jakim cudem ja zachowałem względnie dobre zdrowie fizyczne i psychiczne, mimo że bywałem przez miesiąc lub dwa oderwany od rodziców, bez komórki, bez komputera, bez telewizora i wielu innych, niezbędnych na wakacjach, rzeczy? Powiesz: Nie pamięta wół jak cielęciem był? I chyba masz rację… coś ta pamięć zaczyna coraz bardziej szwankować.

Dzisiaj na szczęście zabieram rodzinkę oraz część inwentarza (York – takie dziwne zwierzę o aparycji zbliżonej do psa) na weekendowy wypad pod namiot. Oczywiście nasz miniobóz zamierzamy rozbić w bliskim sąsiedztwie pewnego harcerskiego obozu… Tak, tak – mała blondi może nie dzwonić, ale tatuś i tak będzie miał na nią oko. O tym jak przeżyliśmy weekend w lesie i czy wyszliśmy cało ze spotkania z harcerzami przeczytasz za tydzień (jak Ci się zechce). Miłego weekendu. Siup.


Autor: Piotr Kosior