Tydzień temu dowiedziałeś się, że oprócz oczywistej skromności, cechują mnie między innymi wyrozumiałość, cierpliwość, łagodność, itd.. Jeśli mnie nie znasz osobiście to mógłbyś zacytować „Samochwała w kącie stała…”. Otóż nie, i myślę, że po dzisiejszej lekturze zmienisz zdanie.

W dzisiejszych czasach jest wiele dziwnych rzeczy i zdarzeń, które uszczęśliwiają człowieka. To, że jesteśmy zdrowi, że zdrowi są nasi bliscy, że mamy co jeść, pić (SIUP!) i gdzie mieszkać, to są, cytując Klasyka, oczywiste oczywistości. Żadne tam powody do szczęścia. Ja, na ten przykład, jestem szczęśliwym abonentem jednej z sieci komórkowych. Dokładnie rzecz ujmując szczęśliwym abonentem, który przedłużył umowę, czyli związał się z operatorem na kolejne lata. Jeszcze bardziej precyzując – przedłużył jedną z umów, bo jak porządna głowa porządnej rodziny na mnie zarejestrowane są komórki moja, Szanownej Małżonki, córki, mamy, teściowej, wujka i babci. Zapewne doszukujesz się pewnej nieścisłości, bądź wręcz błędu w moim rozumowaniu. Wszak to nie przedłużenie umowy, a fakt otrzymania nowego telefonu za złotówkę powinien mnie wprawiać w to niewyobrażalne szczęście. Nic bardziej mylnego. Żeby to zrozumieć musisz razem ze mną cofnąć się do końca czerwca bieżącego roku, kiedy to wiedziony chęcią dokonania małej inwigilacji historii połączeń Szanownej Małżonki… Nie, nie, nie – nie jestem zazdrosny, nie szpieguję żony, ufam Jej bezgranicznie – ja jedynie chciałem zweryfikować czy pakiet minut jest wystarczający, czy nie należy rozszerzyć pakietu danych… Mniejsza o to. Istotne jest, że po zalogowaniu się na koncie dostałem wielki komunikat „Już dzisiaj możesz przedłużyć umowę, dostać ekstra minuty, telefon za złotówkę i dodatkowe bonusy”. Zdziwiłem się, że mój ukochany operator myśli o mnie już siedem miesięcy przed zakończeniem umowy. Widać mnie lubi, szanuje i chce mi zrobić dobrze – w końcu porządny ze mnie klient.

Podejście pierwsze: Posiedziałem, podumałem, analizowałem proponowane pakiety i bonusy, dostępne telefony (wybór musiał być najlepszy z możliwych – w końcu ma to być telefon dla Szanownej Małżonki). Wybrałem, wypełniłem wszystkie rubryczki, zaznaczyłem zgody na korzystanie z moich danych i wizerunku przez połowę Świata, nacisnąłem ENTER i poszło. E-mail poinformował mnie, że zamówienie o numerze takim to a takim zostało przyjęte do realizacji i mam czekać na kuriera, który wszystko do mnie przywiezie. Usiadłem i zacząłem czekać. Po pewnym czasie mi się znudziło i poszedłem spać. Okazało się, że faktycznie szczęście daje wizja posiadania nowej słuchaweczki, z super procesorkiem, dotykowym ekranem i paroma innymi bajerami (oczywiście wbrew pozorom zupełnie nieprzydatnymi do dzwonienia). W miarę upływu dni poczucie szczęścia malało, stężenie serotoniny i endorfinek spadało. W połowie lipca stwierdziłem, że chyba troszkę za długo jedzie do mnie ten kurier, zacząłem nawet się martwić, że może coś złego mu się przydarzyło, potrzebuje pomocy. Może zakopał się gdzieś w błocie na podwrocławskich bezdrożach i trzeba go jakimś ciągnikiem wyciągnąć, herbatki w termosie przywieźć… Całe szczęście miła przedstawicielka mojego operatora poinformowała mnie, że nic strasznego się nie stało poza tym, że jestem tak wyjątkowy, że udało mi się nacisnąć ENTER dokładnie w tym momencie, kiedy im się zmienił regulamin, wedle którego będą mogli zrealizować moje zamówienie dopiero dziewiętnastego sierpnia. Nieco zasmucony, ale nie przybity, umówiłem się z miłą panią na telefon rzeczonego dnia w celu potwierdzenia zamówienia.

Podejście drugie: Jako, że bywam słowny, zadzwoniłem w umówionym dniu i przypomniałem sprawę. Pani miała dla mnie doskonałą wiadomość, że musimy zweryfikować moje zamówienie, bo nie mają już w ofercie wybranego telefonu, ale może mi zaproponować dużo lepszy za jedynie kilka złotówek więcej. Analiza oferty, bonusów, dodatków, darmowych minut, smsów, pakietów, akcesoriów, w końcu wybór telefonu, zgody na dane, wizerunek, itd… Standard. W ciągu kilku dni roboczych przyjedzie do mnie kurier i już moja Szanowna Małżonka będzie szczęśliwą posiadaczką telefonu a ja aneksu. Jeszcze tylko pani zapisze ustaloną ofertę, i w tym momencie… ups. Okazało się, że nastąpił jakiś błąd w systemie na moim koncie abonenckim i niemożliwe było zapisanie ustalonych parametrów. Ale nic to. Przemiła pani natychmiast wysłała zgłoszenie do działu technicznego i obiecała oddzwonić najpóźniej po czterdziestu ośmiu godzinach w celu dokończenia ustaleń… Po dziewięćdziesięciu sześciu godzinach stwierdziłem, że mojej konto abonenckie uległo chyba poważniejszej awarii i wiedziony troską o nie zadzwoniłem do mojego operatora. Wydaje się, że nie tylko moje konto abonenckie, ale i sama pani konsultantka uległa poważnej awarii, bo nie ma żadnedo śladu rozmowy i ustaleń sprzed czterech dni i być nie może, bo przecież przedłużyć ofertę mogę najwcześniej siedemnastego września… Zacząłem się zastanawiać czy to przypadkiem nie ja nabawiłem się jakiejś usterki. Wprawdzie powiedziałem miłej pani, że troszkę mnie zasmuciła, ale niepewny swojej kondycji psychofizycznej potulnie umówiłem się na kontakt rzeczonego siedemnastego września.

Podejście trzecie: Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy czwartego września odebrałem telefon od przemiłej przedstawicielki mojego drogiego operatora (i wcale nie piję tu do cen – SIUP!) z pytaniem czy chcę przedłużyć umowę… Ucieszony jak dziecko, z tzw. bananem na twarzy poinformowałem sympatyczną panią, że pewnie i to już od dobrych dwóch miesięcy. Niestety nie znalazła ustaleń, które wcześniej poczyniłem, w związku z tym przedstawiła mi swoją ofertę, bonusy, minuty, akcesoria, telefony. Ja pomyślałem, wybrałem, zgody na dane, wizerunek i dostęp połowy świata do nich. Już pani zapisuje ofertę i mam czekać cierpliwie na kuriera, który nawiedzi mnie łaskawie w ciągu dwóch dni roboczych. Zacząłem czekać. Czwartego dnia roboczego postanowiłem sprawdzić czy przypadkiem bomba nie pierdyknęła w serwery mojego operatora. Wszak tylu wariatów i terrorystów po tym Świecie chodzi. I wiesz co? Bomba chyba na szczęście nie wybuchła, ale jakiś złoczyńca niewątpliwie wpuścił wirusa mojemu operatorowi, gdyż jego zawirusowany system nie był zdolny do zapisania mojego zlecenia. Mało tego – dowiedziałem się, że to generalnie dziwne co mówię, bo w zasadzie żaden konsultant przed siedemnastym września nie miał możliwości złożenia mi oferty… Pisałem Ci, że jestem wyrozumiały, cierpliwy, itd… Ale tej pani już musiałem się wyżalić, że jestem smutny z tego powodu bardzo a jeszcze bardziej zasmucona jest moja wrażliwa Szanowna Małżonka i że mam obawy, że mój operator już mnie nie lubi i chyba będę musiał odejść ze spuszczonymi uszkami do innego. Pani poprosiła mnie o chwilę cierpliwości, puściła miłą dla ucha muzykę w słuchawce i o dziwo, po chwili…

Podejście czwarte: … odezwała się niskim, męskim głosem pytając „czego oczekuję”… Po trzykrotnym wyartykułowaniu moich oczekiwań pyta się „czego ja oczekuję”? Moje wymienione wcześniej przymioty w tym momencie zawiodły, i odpowiedziałem „już niczego”. Na co pan powiedział „to ja Panu dam dwa razy więcej minut, dwa razy więcej sms’ów, dwa razy więcej danych, dwa razy więcej darmowych numerów, dwa razy tańszy telefon i jeszcze do tego rabat 20% przez cały okres umowy”. No chłop sensownie mówi (sobie pomyślałem). A więc dalej potwierdzenie danych, zgody… wiesz na co, zapisujemy wniosek, co chwilkę musi potrwać, w tym czasie sympatyczny pan informuje mnie, że kurier już czeka w drzwiach na przesyłkę, już grzeje silnik, żeby do mnie przyjechać następnego dnia, już witam się z gąską… „Ups…” (chyba już to kiedyś słyszałem) „Zepsuł się Pana numer”. Niemożliwe – mówię – telefon działa w jak najlepszym porządku. „Ale wyskakuje jakiś błąd i ja nie mogę zapisać dla pana oferty…, ale pan się nie przejmuje, ja już to zgłaszam do działu technicznego, ja zadzwonię za dwa dni i dokończymy sprawę”. Pan chyba usłyszał w słuchawce jak szlocham i starał się mnie pocieszyć. Skąd mógł wiedzieć, że to nie szloch a sapanie… A może wiedział, więc przezornie się rozłączył.

Smutno mi było, że nie mam upragnionego aneksu, smutno było mojej Szanownej Małżonce, że nie ma nowego telefoniku. Najbardziej mi jednak przykro było, że mój operator już mnie nie chce. W związku z tym poszukałem innych operatorów, przeanalizowałem wszystkie potrzeby Szanownej Małżonki (w zakresie telefonii komórkowej – żeby mi tu nie było sprośnych piątkowych skojarzeń) i się okazało, że zaproponowane ilości darmowych minut, smsów i danych nie dała by rady wykorzystać przez pół roku.

Podejście cztery i pół: „Pan się nie martwi. Ja o panu nie zapomniałem (ufff…) już technicy naprawiają pana numer. Jutro będę dzwonił”.

Podejście pięć: I zadzwonił z doskonałą wiadomością, że moje konto już działa i mogę wreszcie przedłużyć umowę (jupi!). No więc poinformowałem pana, że nieco zmieniłem swoje oczekiwania i nie chcę żadnego telefonu, umowę zdecydowanie krótszą i zdecydowanie tańszą. Teraz on był nieco zasmucony, ale rezonu nie stracił. Dorzucił więcej minut, smsów, i 20% rabatu. Za różnicę w cenie abonamentu kupiłem Szanownej Małżonce jeszcze ładniejszy telefonik na nieoprocentowane raty. Wczoraj odebrałem aneks i od tej pory wszyscy są już szczęśliwi. Szanowna Małżonka, bo ma nowy telefonik. Operator, bo nie stracił klienta (oj, to może być przedwczesna radość), a ja, bo mam swój WYWALCZONY aneks z ukochanym operatorem.

Morałów z tej bajki jest kilka.

  1. Nie każda okazja, po bliższym przyjrzeniu się, jest okazją,
  2. Im bardziej o coś walczymy, tym większe szczęście po osiągnięciu tego,
  3. Techniki sprzedaży rozwijają się w zastraszającym tempie (nadal jestem abonentem tego operatora!),
  4. Jak pomyślisz to nic nie stracisz a może nawet zyskasz – ja jestem 10 zł miesięcznie do przodu na tych wszystkich operacjach.
  5. Kryzysu nie ma (przynajmniej w telefonii komórkowej).

Zatem nieco dostosowując popularne, knajpiane hasło… Kryzys umarł, kredyt żyje, kto pomyśli, ten wypije. Miłego weekendu. SIUP!

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułŚwięto Nowego Dworu
Następny artykułWyjazdowy remis Śląska z Ruchem
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.