W ubiegłym tygodniu za mało SIUP było za moją dietę. Rozpocząć mi się nie udało, mało tego – rozpocząłem chyba jakąś antydietę. Zupełnie przypadkowo, a może i nie, zjadłem w tym tygodniu niemal wszystkie zakazane produkty i to w najgorszych z możliwych połączeniach.

Zrzucę to jednak na wyjazd do naszej Stolycy – w przydrożnych karczmach tak dobrze gotują, że zawsze przeglądanie Menu jest formalnością i kończy się złożeniem zamówienia w postaci golonki z zasmażoną kapustką, pieczywem i złocistym browarkiem do smarowania przewodu… A w samej Wawce znalazł się lokal w stylu „płacisz trzy dychy i jesz ile chcesz…”. Jak prawdziwy Polak nie omieszkałem do cna wykorzystać moje trzy dychy włącznie z zakończeniem biesiady naleśnikiem meksykańskim na superostro (przynajmniej tak deklarował kucharz rozsierdzony moim stwierdzeniem, że nie jest w stanie zafundować mi dostatecznej ostrości). Z błyskiem w oku i szelmowskim uśmiechem przyglądał mi się zza kontuaru jak zabierałem się do owego naleśnika i niestety chyba zepsułem mu jego gag. Nie przewidział, że nasypanie do środka sporej szczypty pieprzu kajeńskiego nie jest sposobem na uzyskanie satysfakcjonującej mnie ostrości. Myślał, że w męczarniach i z potem na czole skonam nad jego dziełem. Okazało się, że on jest leszczem a ja debeściakiem. Tak sobie wtedy pomyślałem, że powinienem zostać taką piekielną Magdą Gessler. Chodziłbym od knajpy do knajpy i zamawiał najpikantniejsze potrawy, jakie mają. Następnie rzucałbym talerzami komentując marną ostrość potraw i inteligencję kucharza w niewybrednych słowach. Rzecz jasna, wszystko musiałaby filmować jakaś TV, dzięki czemu mógłbyś mówić: „znam tego gościa jeszcze z czasów, kiedy pisał felietony o d***e Maryni”, a ja mógłbym przyjemnie spędzać swoją pracę na opychaniu się najlepszym jedzeniem w kraju i nagrywaniu dubli z rzutu talerzem. Wkurzałbym się jedynie na reżysera krzyczącego zza kamery: „Panie Piotrze! Powtarzamy! Za mało naturalny był ten rzut talerzem! No i więcej k***a! K***a…”. Ehhh… żyć, nie umierać.

Na ten czas jednak muszę powrócić do rzeczywistości, która po dwóch miesiącach luzu przywitała mnie Nowym Rokiem Szkolnym. Tzn. przede wszystkim przywitała się z moim portfelem a ja pożegnałem się z jego zawartością. Ja wiem, że wszyscy narzekają na kwoty, jakie należy wydać, żeby nasza pociecha mogła realizować obowiązek szkolny. Ja nie narzekam, bo za każdym razem, kiedy patrzę na debet w koncie myślę sobie o rodzinach, które takich pociech posiadają kilka lub nawet kilkanaście. Mój problem jest zgoła inny. Z ciekawości przeglądnęliśmy z Szanowną Małżonką książki dla czwartoklasistki, głównie w celu zorientowania się czy to już ten etap, kiedy sami będziemy musieli poddać się reedukacji, żeby nadal być NIEDOŚCIGNIONYM wzorem dla córki i móc jeszcze zaimponować jej swoją wiedzą. Okazuje się, że jeśli poziom edukacji będzie nadal obniżany to jeszcze do studiów będę Guru i Mentorem mojej córki. Mam wrażenie, że albo za wzór systemu edukacji obraliśmy system naszego największego sojusznika albo podręczniki pisane są przez coraz mniej rozgarnięte osoby, dzięki czemu kolejne pokolenie pisaczy podręczników jest jeszcze mniej rozgarnięte i pisze jeszcze słabsze podręczniki. Niestety podejrzewam, że tą sferę opanował powszechny obecnie Rachunek Zysków i Strat, który powiada, że należy maksymalizować przychody i minimalizować koszty. Perfekcja w tym zakresie, do której dążą wydawnictwa, powoduje, że mamy podręczniki coraz droższe o coraz marniejszej zawartości (wiadomo, że zgodnie z logiką, twórca lepszy jest droższy a gorszy jest tańszy i pozytywnie wpływa na rachunek kosztów). I tak sobie myślę, że obecny poziom cen podręczników chyba zbliżył się do górnej granicy, którą są w stanie zaakceptować rodzice, więc w celu dalszej poprawy wyników finansowych wydawnictwa będą musiały lepiej pogłówkować nad swoimi kosztami. A stąd już bardzo krótka droga do sytuacji, kiedy na okładce przeczytamy „Ala ma kota. Elementarz dla I klasy szkoły podstawowej” a na odwrocie „Made in China”…

Wydaje się więc, że w obecnej sytuacji pozostaje przekazanie swojej bezcennej wiedzy naszym dzieciom. To ja będę musiał pokazać dziecku jak się rozwiązuje równanie z dwoma niewiadomymi, bo jak tak dalej pójdzie to „liźnie” to pasjonujące zagadnienie na studiach z zakresu matematyki stosowanej. Będę też musiał przeczytać dzieciom do poduszki „Pana Tadeusza” (na razie bez XIII księgi), bo niezależnie od tego, że utwór ten napisany jest przez poetę z Białorusi (która już od jakiegoś czasu nie jest polska) i traktuje o Litwie-ojczyźnie (która też od jakiegoś czasu nie jest polska), to jest on tak samo ważny jak choinka w Boże Narodzenie, malowanie jajek w Wielkanoc i remont w wakacje. To jest tradycja, którą należy zaszczepiać w dzieciakach i pielęgnować, bo inaczej staną się „obywatelami świata” bez tożsamości, za to z brakiem umiejętności policzenia się z przekupką na targowisku, która bez zafiskalizowanej kasy liczy w głowie należność za sprawunki tak, żeby durnowaty klient zapłacił więcej niż się należało.

Musiałem troszkę intelektualnej gadki wstawić, żeby zrównoważyć użycie na początku trzech wulgaryzmów. Wszak nie jestem chamem! A po intelektualnych rozważaniach należy oczywiście oczyścić umysł, co by się zbyt szybko obwody nie przegrzały. A zatem Panie i Panowie – ogłaszam weekend! Jedzcie, pijcie, lufki (przepraszam – lulki) palcie. Tańczcie, hulajcie, swawolcie. Miłego weekendu. Siup!

 

Autor: Piotr Kosior

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWrocławskie targowanie projektami unijnymi
Następny artykułŚląsk przegrywa w sparingu z GKS-em Katowice
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.