„Pidżamowcy” [RECENZJA]

Najnowsza premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym to dramat Mariusza Sieniewicza „Pidżamowcy”, który nagrodzono w II Konkursie Dramaturgicznym Strefy Kontaktu.  Reżyser Marcin Liber zrobił sporo skrótów, dopisał prolog i epilog, tym samym chcąc ratować miałki niestety tekst sztuki. 

Opowieść o grupie pacjentów uzależnionych od leków przeciwbólowych, chcących w oparach opiatów zachować odrobinę ludzkiej godności nie napawa entuzjazmem. Temat bowiem trudny. Świetnie zagrany prolog nadaje spektaklowi wymownego realizmu. Fakt, iż reżyser posłużył się w nim tekstem sprzed kilku miesięcy, pochodzącym z portalu społecznościowego umocował nas-widzów w konkretnym miejscu. Znaleźliśmy się tu i teraz, w naszej rodzimej przestrzeni z problemami, które dotykają nas i naszych bliskich. Reżyser wykorzystał wpis z Fb dziennikarki, której ojciec będąc pacjentem SOR przebywał na nim kilkadziesiąt godzin bez diagnozy, opieki i bez informacji o stanie zdrowia. Na starcie widz dostaje strzał, że oto Polska właśnie. Ale to prolog. Zaś metafora, którą miała być sztuka Sieniewicza, i o której dużo mówiło się przed premierą jednak do mnie nie trafiła. Może autor miał coś innego na myśli niż to, co pokazał reżyser. Ja dostałam obraz służby zdrowia praktycznie jeden do jednego. Bezduszność personelu i nieustannie potrzebujący pomocy ludzie. Historia cierpiących na niedobór painkillerów pacjentów i walka o dostęp do nich jest odrobinę tą metaforą walki o wolność w czasach „dobrej zmiany”, niestety jest miałka. Język momentami aż nie do zniesienia. Postać handlarza prochów w piżamce i gaciach jest tak napisana, że psuje tę historię do końca. Liber dokonując skrótów w tekście próbował nadać mu energii i przystępności. Aktorzy dwojąc się i trojąc starali się wyciągnąć z tej sztuki wszystko, co w niej dobrego. Trochę im się udało, a trochę nie. Jednak odniosłam wrażenie, że to właśnie oni najlepiej bawili się podczas spektaklu. Jakby mieli wdrukowane, że sztuka jest jaka jest, prochu nie wymyślą a przynajmniej grając będą się dobrze bawić. Wracając do samego tekstu, zastanawiam się, co w nim urzekło komisję konkursową? Nie daje mi to spokoju.

„Pidżamowcy” mają też oczywiście kilka dobrych stron, jest to między innymi zespół, na którego czele stoi niezawodna Ewelina Paszke-Lowitzsch. Jak zwykle można liczyć na Tomasza Orpińskiego, Marię Kanię i Krzysztofa Boczkowskiego. Bardzo się cieszę, że widzę zespół „Współczesnego” w dobrej formie. (Niestety oczekiwanie na Wiesława Cichego, który dołączył do niego w tym sezonie, przyniosło rozczarowanie). Duży plus za muzykę przygotowaną przez Filipa Konieckiego. Zaskakuje, różnicuje emocje i tam, gdzie trzeba daje gigantycznego kopa. Wielkie brawa dla Orpińskiego za wykonanie jednej z piosenek w spektaklu. Szkoda, że potencjał tego aktora tak rzadko jest wykorzystywany. Na uwagę zasługują twórcy kostiumów – grupa Mixer za wykonanie uniformów pielęgniarek. Mirek Kaczmarek ze swoją kraciastą niczym torebki Louisa Vuittona scenografią wpasował się w ten twórczy szał całkiem dobrze.  Nie wiem tylko po kiego diabła była mu sterta gumowych kończyn walająca się po scenie.

Ten sezon dla WTW jest wyjątkowo krótki z uwagi na zaplanowany wiosną remont. Z niecierpliwością zatem czekam na kolejne premiery. Bardzo bym chciała zobaczyć jeszcze na starych deskach porywający, dobry spektakl.


Autor: Sabina Misakiewicz
Zdjęcia: Natalia Kabanow