- REKLAMA -

Była raca na scenie, była suknia, pełniąca rolę wyświetlacza i kopia Beyoncé rodem z Cypru. Oczywiście poznaliśmy również pierwszych dziesięciu finalistów.

Rzeczą, która rzuciła się w oczy już przy rozpoczęciu półfinału, był fakt, że cały konkurs prowadzony jest tylko przez kobiety. Po wstępie rozpoczeły się występy reprezentacji. Na pierwszy ogień poszła Aisel, czyli reprezentantka Azerbejdżanu ze swoim utworem X My Heart. Sama piosenka mnie osobiście nie porwała i już na starcie wiedziałem, że piosenkarka nie przejdzie do finału.

Kolejna była Islandia, reprezentowana przez Ariego Ólafssona, który zaśpiewał balladę Our Choice. Tu poza niesamowicie wysokim falsetem również nic nie rzuciło się bardziej w uszy.

Albania zaprezentowała moim zdaniem bardzo przyjemny utwór, który dodatkowo został bardzo poprawnie zagrany i zaśpiewany.

Sennek, reprezentantka Belgii zaprezentowała swój utwór A Matter Of Time. Z jednej storny średnio mi pasował na Eurowizję, z drugiej idealnie nadałby się do kolejnego filmu z Jamesem Bondem.

Czesi w tym roku należą do faworytów i nic dziwnego, skoro zaprezentowali taką petardę, jaką jest Lie to Me w wykonaniu Mikolasa Josefa. Sam utwór stylistycznie bardzo wpisywał mi się w twórczość Macklemore’a, dodatkowo dobry (choć średnio zatańczony przez samego wykonawcę) układ choreograficzny nadał całemu występowi ogromu energii.

Ieva Zasimauskaite reprezentująca Litwę zaśpiewała swój uczuciowy utwór When We’re Old. Sprawia on wrażenie idelanie skrojonego pod Eurowizję, po analizie ostatniego zwycięzcy. Jest więc powoli, ładnie, wręcz smutnawo. Oddać należy jedno – dziewczyna ma bardzo dobry głos, i radzi sobie na scenie.

Później na scenie pojawiła się kolejna petarda tego wieczoru. Reprezentująca Izrael Netta i jej piosenka Toy to mój tegoroczny faworyt.

Białoruś w tym roku postawiła, podobnie jak Litwa, na wolniejsze rytmy. O ile propozycja Litwy ma coś w sobie, tu nie ruszyło mnie absolutnie nic.

Estończycy wystawili z kolei Elinę Nechayevę, która wykonała utwór La Forza w języku włoskim. Śpiew operowy rozbrzmiał ze sceny jak grom, a cały występ na pewno wybiła suknia wokalistki, będąca jednocześnie wielkim ekranem.

Bułgarski band Equinox wykonał swój utwór Bones. Zaśpiewali bardzo dobrze, dziwił mnie średni entuzjazm dla zespołu. Stylistyka na pewno podpatrzona od Black Eyed Peas, ale muzyka się broni.

Bardzo lekko, wakacyjnie wręcz zagrała Macedonia, która wystawiła na scenę zespół Eye Cue z utworem Lost and Found.  Choreografia odrobinę oklepana, sam utwór moim zdaniem na plus.

Propozycja Chorwacji z kolei była dla mnie jak rpzerwa na reklamę. Nic z grubsza ciekawego, ot, przerywnik.

Dalej reprezentant Austrii, który znacząco nie zmienił stanu rzeczy.

Tak samo jak propozycja od Grecji.

Na scenę wchodzi Saara Aalto, śpiewając Monsters i wyprowadza sążnego energetycznego kopa. Poza tymże kopem utwór nie wyróżniał się niczym innym.

Przy utworze reprezentanta Armenii znowu ziewałem.

Szwjacarzy, pomimo racy, stylizowanej na Britney Spears wokalistki, ani głosu wspomnianej nie przekonują.

Ryan O’Shaughnessy z Irlandii ujął mnie swoją balladą, połączoną ze świetną choreografią.

Ostatni występ to reprezentująca Cypr Eleni Foureira. Choć przy wcześniejszych utworach byłem po prostu znudzony, tu bardziej pasuje słowo żenada. Piosenkarka będąca ni to Shakirą, ni to Beyoncé (w dodatku straaszliwie skopiowała różne fragmenty choreografii tej drugiej), która zupełnie nie porwała.


Czas na wyniki!

Do finału przechodzą:
– Austria,
– Estonia,
– Cypr,
– Litwa,
– Izrael,
– Czechy,
– Bułgaria,
– Albania,
– Finlandia,
– Irlandia.

Czy są tu jakieś niespodzianki? Owszem, na pewno jest nią Cypr, w którego miejsce wcisnałbym Macedonię. Mam jednocześnie nieodparte wrażenie, że tegoroczna edycja Eurowizji będzie zwyczajnie nudna. Jest kilku jasnych faworytów, a cała reszta finalistów znajdzie się w nim tylko na doczepkę. Jutro kolejny półfinał, w którym wystąpi reprezentujący Polskę Gromee.


Autor: Patryk Rudnicki
Zdjęcie: screen, youtube.com