Pjus – Słowowtóry [RECENZJA]

Tej płycie nie można odmówić jednego – jest ewenementem w polskim hip-hopie, bo przed Pjusem nikt nie wydał krążka: a) po utracie głosu, b) w pełni ghostwriterskiego. Z tą drugą cechą, wiążą się dwie konsekwencje. Porównując album do dania można by stwierdzić, że tekst będący podstawą podlano dużą ilością sosów będących kolejnymi artystami, którzy użyczyli swoich głosów. Pytanie tylko, czy wszystkie sosy ze sobą współgrają?

Jeśli recenzowanie płyt byłoby znanym programem, w którym kucharze amatorzy zmagaliby się o pewien tytuł, to wzorem pochodzącego z Francji członka jury stwierdziłbym, że ten dań nie jest ani wybitna, ani zła, lądujesz w dogrywka, ale finalnie nie oddasz fartucha. Zarzucić można mi w takiej sytuacji brak jednoznacznej oceny płyty, ale problem ze Słowowtórami jest właśnie taki, że jednoznacznie ocenić się ich nie da.

Z jednej strony mamy tu do czynienia z idealnymi połączenia, takimi jak w Callarm, w którym dobrze rozpisany tekst i spasowany instrumental jest po prostu dopełniany zadziornym wokalem Soboty. Z drugiej mamy Lakokalips, w którym użycie autotune’a zniszczyło moim zdaniem odbiór, bo ten brzmi jak w utworze sprzed 10 lat. Bez większego owijania w bawełnę, większość tekstów napisanych przez Pjusa prezentuje się bardzo solidnie, skupiając się na wprowadzaniu nowych fraz do słownika języka polskiego, czego dowodem są chociażby single puszczane w sieć przed premierą albumu. Z kawałków godnych uwagi są jeszcze Promyzeusz oraz Guerilla Sunrise, które chwytają jednocześnie tekstem, instrumentalem oraz wykonaniem. Reszcie zazwyczaj brakuje jednego z tych składników.

 


Autor: Patryk Rudnicki