„Po Burzy Szekspira” [RECENZJA]: Świat według „kiepskiego” Prospera

Podobnie jak w arcydziele Szekspira, piękno tego metafizycznego spektaklu tkwi w detalach, które być może są w nim ważniejsze od narracji – Michał Hernes recenzuje „Po Burzy Szekspira” Agaty Dudy-Gracz.

W czasie oglądania nowego teatralnego dzieła w reżyserii Agaty Dudy-Gracz przypomniała mi się wspaniała książka „Mrs Caliban” („Pani Kaliban”) Rachel Ingalls. Opowiada ona o gospodyni domowej, która zakochała się w… potworze morskim. Jej małżeństwo się rozpada, mąż jest wiecznie nieobecny, a ich syn zmarł młodo w wyniku komplikacji po rutynowej operacji. W reklamach radiowych bohaterka słyszy dziwne informacje, które są do niej skierowane. Choć nigdy nie zostaje to wyjaśnione, jej kochanek-potwór morski, który prosi, by nazywać go Fred, to prawdopodobnie wytwór wyobraźni tej postaci.

Agata Duda-Gracz poszła znacznie ciekawszym tropem, również opowiadając o samotności współczesnych ludzi. W jej wersji Prospero, niczym Ferdynand Kiepski, całe dnie spędza na kanapie przed telewizorem. W przeciwieństwie do poczciwego bohatera popularnego serialu odczuwa jednak coraz większą wściekłość, pogrążając się w szaleństwie. „Po Burzy Szekspira” wytrąciło mnie z równowagi, intrygująco opowiadając o tym, jak nasz świat łatwo może wypaść z ram. Chciałbym, żeby ten spektakl przemówił do widzów i miał równie wielką siłę oddziaływania na ludzi, jak elżbietańskie dramaty. Przypomnę, że w szekspirowskich czasach ludzie na widowni potrafili się nagle przyznać do zbrodni bądź zdrady, gdy jakaś scena wywarła na nich ogromne wrażenie. Z tego wzięła się właśnie autotematyczność hamletowskiego teatru w teatrze.

Polska reżyser bawi się szekspirowską inspiracją równie wnikliwie, jak Tom Stoppard w „Rozenkranc i Guildenstern nie żyją”, ale – na szczęście – nie poszła tropem wielu krytycznych analiz, w myśl których „Burza” to… komedia romantyczna, napisana w konwencji teatru komediowego.

Podobnie jak w arcydziele Szekspira, piękno tego metafizycznego spektaklu tkwi w detalach, które być może są w nim ważniejsze od narracji. To porywająca opowieść o wewnętrznym chaosie, w którym żyjemy i o marzeniu o ładzie. Jak słusznie zauważył Peter Brook, we współczesnych nam czasach również trudno pojąć znaczenie ładu i chaosu.

Zacytuję Brooka:

„ład, jaki sami widzimy, jest nieustannie zdradzany – każdy prorok, każdy przywódca, który stał w miejscu publicznym i próbował nakłaniać nas do jakiegoś porządku, zawsze potem go zdradzał, podstawiając w jego miejsce jakiś porządek wymyślony, czasami nawet pięknie wymyślony. Pragniemy ładu, a mimo to zaczynamy z większym szacunkiem traktować chaos”.

Trudno się z tym nie zgodzić.

Piękny chaos zaprezentowano w snach bohaterów „Po Burzy”. Gdy mu się przyglądałem, naszło mnie pytanie, czy aktorzy przypadkiem nie zastanawiali się wówczas, czy są aktorami, czy też postaciami z telewizora, którym śni się, że grają w teatrze.

W tym fragmencie moją uwagę przykuł konwulsyjny taniec Stefanii zagranej przez Helenę Sujecką, który skojarzył mi się ze słynną sceną kopulacji z powietrzem w „Opętaniu” Andrzeja Żuławskiego. Jej kłótnie z Kalibanem (Cezary Studniak) zrobiły na mnie wrażenie, a Feliks Szajnert rewelacyjnie wcielił się w Prospera. Warto zwrócić również uwagę na Sylwestra Piechurę w roli księcia Ferdynanda i przepiękny, melancholijny głos Emose Uhunmwangho.

Oglądając ten spektakl, dużo myślałem o słowach, jakie wypowiedział Prospero pod koniec szekspirowskiej „Burzy”. Jaką końcówkę zafundowała temu bohaterowi Agata Duda-Gracz? Intrygującą i taką, o której rozmyślam i nad którą długo będę jeszcze dumał.

 

Autor | Michał Hernes

(10.04.2016)

  • Zdjęcie | Marek Maziarz / BTW photographers