„Po sznurku” [RECENZJA]

Spektaklu w reżyserii Joanny Gerigk nie da się opowiedzieć. To trzeba po prostu przeżyć. Ten cudny brak zasad i brak logiki. Tę miłość ziemniaków, czy rybę pływającą pod sufitem. „Po sznurku” łamie wszelkie stereotypy. Dla dzieci to kolorowa opowieść o często nieprawdopodobnych zdarzeniach, a dla dorosłych przypomnienia czasów prawdziwej wolności, gdy nie ograniczały nas żadne zasady.

I wszystko w tym spektaklu idzie jak po sznurku. Tak właśnie, po sznurku, do Pisarza trafia główny bohater Piotr, który jest dorosłym… dzieckiem. Takich przeciwności jak w wierszykach, które wymyślaliśmy i opowiadaliśmy w dzieciństwie jest w całej sztuce sporo.  W tym miejscu wypada mi więc wyjaśnić, że tekst, na którym zbudowano scenariusz został napisany przez cierpiącego na zespół Downa Piotra Gęglawego i Romka Zańko. Ich sposób postrzegania świata i łączenia rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się być nie do połączenia sprawia, że możemy popatrzeć na świat w sposób niezwykle prosty. „Pan B. dał Piotrkowi lichy wygląd, wielkie serce, zespół Downa… uśmiech i zadanie. Zadanie opowiedzenia, że jest inny świat. Świat, gdzie nikt nie pyta: ile masz? Kim jesteś? Świat, gdzie „lubię cię” nie jest tylko kliknięciem. Świat, gdzie każdy dzień jest świętem” – tak Gęglawego charakteryzuje Zańko, jednocześnie zdradzając nieco piękno, które mieści się w jego tekstach.

Akcja spektaklu toczy się w domu Pisarza (Józef Frymet), która stracił panowanie nad własną pracą. Komizmowi tej sytuacji dodaje fakt, że w akwarium pływa karp… ale nie wiedzieć czemu pływa na boku. Tam właśnie docierają Piotr (Tomasz Maśląkowski), a później Pani Ani (Anna Zych). I tam opowiadają niestworzone historie pełne magii i radości. Sala co rusz wybucha śmiechem. Nie ma się co dziwić, skoro Piotr w narysowanych przed chwilą prostych kreskach i kropkach widzi siebie w toalecie. Jedno kropka oznacza poranek, druga wieczór. Czajnik witając się chce dać buziaka, ale zanim to zrobi musi się psiknąć perfumami, żeby mu z dziubka ładnie pachniało. Słowa nie znaczą tego co znaczą. Tak samo jak rysunki. A łyżki mogą być wszystkim czym chcesz. Choćby mrówkami, z którymi możesz się zaprzyjaźnić. Wszystko świetnie ograne przez trójkę aktorów, którzy sprawili, że chciałoby się, aby ta historia trwała dłużej. Historia, która dała nam radość tworzenia świata, w którym nie muszą obowiązywać przecież żadne reguły: po szóstym piętrze w wieżowcu może być dziesiąte, a Adama Małysza skakać mogły nauczyć pingwiny.

Joanna Gerigk swoim spektaklem rozbawiła i wzruszyła. Choć do tego drugiego stanu trzeba było dojrzeć już w domu. Pokazała nam bowiem świat, jaki dane jest zobaczyć nam coraz rzadziej. Świat z dala od problemów i codziennej ludzkiej zawiści. Piękny i prosty świat, w którym wieloryb dlatego nie ma nogi, bo jak był mały to bardzo nie lubił jej myć i poprosił Pana Boga, żeby jej nie miał. I nie ma. Zagadka rozwiązana. Bawcie się dobrze!

Autor | Daniel E. Groszewski
Zdjęcie | Karol Krukowski