Podobno dobrych westernów się już nie robi, podobno…

Tarantino po raz kolejny, i to dobitnie, udowadnia, że w jego sztuce nie ma miejsca dla przypadkowych gości, a całość musi być idealnie dopasowana, niczym kapelusz na głowie starego kowboja – pisze Patryk Wolny.

Spodziewałem się filmu zwyczajnie dobrego, otrzymałem dzieło na swój sposób wyjątkowe. Mistrz po raz kolejny zaskakuje. Nienawistną Ósemkę początkowo traktowałem z dystansem. Po znakomitym Django, który z miejsca mnie porwał, obawiałem się, że kolejny western to może być już za dużo, nawet dla tak wprawionego w swoim kunszcie reżysera jak Tarantino.

Ośmiu Grzeszników zwiastuje drewniany Jezus na betonowym krzyżu, który przykryty grubą warstwą śniegu powoli oddala się od widza, stopniowo odsłaniając nadjeżdżający dyliżans. W tle słychać znakomitą muzykę autorstwa Ennio Morricone. Scena ta jeszcze na długo po opuszczeniu kina odbijała się echem w mojej głowie, wystarczyło tych kilka minut, bym zanurzył się całkowicie i bez reszty oddał seansowi.

Samotna przystań…

Dyliżansem podróżuje łowca głów, John „Szubienica” Ruth (Kurt Russell), a wraz z nim niezwykle czarująca Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh), która żywa lub martwa warta jest równo dziesięć tysięcy. Na swojej drodze napotkają jeszcze dwóch dżentelmenów, Majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson) oraz niejakiego Chrisa Mannixa (Walton Goggins), który, jak twierdzi, wkrótce ma zostać szeryfem. Niecodzienna kompania, uciekając przed nachodzącą śnieżycą, postanawia szukać schronienia w Pasmanterii Minnie, w której przyjdzie im się zmierzyć z własnym przeznaczeniem. Nikt bowiem nie trafił tam bez dobrego powodu.

Trzy godziny siedem minut

Nienawistna Ósemka to przede wszystkim historia, Ameryka tuż po wojnie secesyjnej, konflikty rasowe i trudne do przeoczenia nawiązania do obecnej sytuacji panującej w Stanach Zjednoczonych. Dialogi pomiędzy poszczególnymi postaciami stopniowo odkrywają przed widzem kolejne mroczne sekrety bohaterów, są one pełne polityki i wojny, są pretekstem do sięgania po rewolwery.

Klaustrofobiczne otoczenie, szalejąca śnieżyca i brak zasad moralnych oraz gęstniejąca wraz z upływem czasu atmosfera, to wszystko sprawia, że unikalny styl Tarantino zdaje się wręcz wylewać z ekranu. Podział na rozdziały, retrospekcje, czy nawet niespodziewane pojawienie się głosu samego reżysera w roli narratora, informującego nas o okolicznościach, które kamera początkowo przeoczyła, a stanowią one sekret wspomnianej Daisy Domergue i jednocześnie tytuł jednego z rozdziałów.

Ennio Morricone

Nienawistna Ósemka to kolejne dzieło Tarantino, w którym przyjdzie nam nacieszyć uszy znakomitą ścieżką dźwiękową, jednak pierwsze, w którym została ona całkowicie skomponowana na potrzebny filmu. We wcześniejszych produkcjach reżyser korzystał z już gotowych utworów, a jedynie cześć była komponowana na potrzebny obrazu.

Na szczęście dla Ósemki, tym razem Tarantino udało się nakłonić do ścisłej współpracy Ennio Morricone, którego muzyki jest wielkim fanem, a który z kolei za kinem Tarantino nie przepada. Morricone po dłuższej przerwie w pracy postanowił przystać na propozycję i nawiązać (niełatwą) współpracę, czego efekty możemy podziwiać podczas seansu. Jak już wspomniałem przy okazji opisywania sceny otwierającej film, uważam, że skomponowana muzyka idealnie oddaje ciężką atmosferę, a nawet w sposób wyszukany staje się częścią fabuły, dopowiadając swoją własną cześć historii.

Niepodrabialny styl

Zrozumieć można to dopiero po obejrzeniu i oczywiście posłuchaniu, zatopieniu się w świecie Nienawistnej Ósemki. Film jednak, podobnie jak styl Tarantino może w równym stopniu zachwycić, co zniechęcić do siebie widza. Kiedy oglądając dostrzegam piękno dialogów i muzyki, ktoś inny przyśnie na półtorej godziny.

Mimo wszystko warto jednak zaryzykować, bowiem styl Tarantino jest jedyny, niepodrabialny, pomimo że wielu próbowało, nikomu się jak dotąd nie udało. Wreszcie pokazuje, że western to nie tylko szkoła Eastwooda, choć…

Autor | Patryk Wolny