Kiedy ogarnia cię bezsilność, możesz tylko zacisnąć zęby, gdy pojawia się ból, możesz uronić łzę. Ale „Pokot” Agnieszki Holland, ekranizacja powieści Olgi Tokarczuk, jest o tym, co może się stać, gdy poczucie bezsilności przekroczy znośne granice i połączy się z bólem zbyt mocnym, by go znieść. I jest też baśnią o tym, dlaczego czasem wolimy wejść w skórę wilka, niż pozostać człowiekiem – pisze Przemysław Poznański z ZupelnieInnaOpowiesc.com.

Pokot” to w zasadzie kryminał. Giną tu ludzie, giną zwierzęta, toczy się śledztwo, zbierane i zacierane są ślady, gęstnieje atmosfera wzajemnej podejrzliwości. Ale to tylko szkielet historii. Bo tak naprawdę film Agnieszki Holland jest o mostach spalonych między człowiekiem a naturą. I o bezsilności tych, którzy wbrew wszystkiemu próbują ten most odbudować, aż do chwili, gdy zrozumieją, że to ponad ich siły. Zresztą jest tu scena, gdy w powietrze wylatuje kładka nad strumieniem. Przesłane jest jasne: to, co łączyło, przestaje istnieć nieodwołalnie.

Świat „Pokotu” wydaje się z pozoru pozbawiony niuansów: z jednej strony bezwzględni, bezduszni mężczyźni, miasteczkowa elita z dziury zaszytej gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie ręka rękę myje i gdzie rządzi pieniądz, trzymający w garści i policję, i lokalnych polityków, i nawet kościół. Obleśni, pozbawieni grama empatii myśliwi, polujący – jak się zdaje – wyłącznie dla przyjemności, znęcający się nad zwierzętami i nad kobietami. Z drugiej strony kobiety właśnie: „Dobra Nowina” (Patricia Volny), której szczytem marzeń jest prowadzenie lumpeksu przy rynku oraz Duszejko (Agnieszka Mandat) – emerytka, dorabiająca sobie w szkole lekcjami angielskiego, a w wolnej chwili pasjonująca się astrologią, a przede wszystkim jednak ekolożka, cierpiąca nad każdym zabitym stworzeniem, gotowa wejść pod kule myśliwych, by przytulić się do umierającego dzika. Obie lekceważone (na emerytkę wszyscy wołają w mieście z pobłażaniem „Duszeńko”), poniewierane, wyśmiewane.

Ten jednoznaczny podział jest jednak uzasadniony. I to z wielu powodów. Oto w mikroskali oglądamy świat pęknięty na pół. Świat nie do naprawienia, bo obie części odpychają się jak pogarda odpycha empatię, a tkwienie w dusznych, małomiasteczkowych układach odpycha poczucie wolności, towarzyszące obcowaniu z naturą. Nie bez powodu świat „tamtych” to ciasne pomieszczenia i ubite drogi, świat „tych” to domy w dolinach i bezkresne łąki, zza których wyłaniają się dumnie poroża jeleni, co po mistrzowsku filmuje Jolanta Dylewska. Dlatego szybko rozumiemy, że te światy nigdy się nie zejdą. Nawet wtedy, gdy w drużynie kobiet zjawiają się mężczyźni – „Matoga” (Wiktor Zborowski), Dyzio (Jakub Gierszał) i Boros Sznajder (Miroslav Krobot). Bo to jednostki od początku nijak niepasujące do świata miasteczkowych układów: mieszkający w górach romantyk, zrywający maliny dla ukochanej, entomolog zafascynowany żukami i początkujący tłumacz poezji.

Ale jest też inne uzasadnienie dla zastosowanego tu prostego podziału: tak naprawdę oglądamy baśń – z jej specyficznymi prawami do snucia czarno-białych opowieści. Baśń, w której nie zabraknie czarów ukrytych pod maską informatycznych sztuczek, baśń przy tym okrutną, niestroniącą od dosłowności. To „Czerwony Kapturek”, ale potraktowany à rebours. Tu – co dosłownie pokazuje groteskowa scena balu maskowego – babcia przebiera się za wilka, a myśliwi są wcielonym złem. Zresztą maski towarzyszą bohaterom na każdym kroku – dosłownie (jak w scenie w kościele) i w przenośni, gdy maską jest ukrywana choroba albo wstydliwa wrażliwość.

Odbieranie „Pokotu” jako baśni pozwala zresztą zrozumieć też i zaakceptować jego zakończenie. Czy gwałt powinien być odpowiedzią na gwałt? Czy zemsta może być potraktowana jako nagroda? Agnieszka Holland i Olga Tokarczuk zostawiają nas z tymi niełatwymi pytaniami, ale przede wszystkim z niepokojącym wrażeniem, że nadeszła ostatnia chwila, by się jasno opowiedzieć po którejś ze stron. Albo będziemy babcią w ciele dobrego wilka, mającą w drużynie Czerwonego Kapturka, albo złym myśliwym. Nie ma już mostu między brzegami, który pozwoliłby nam bezpiecznie tkwić pośrodku.


Autor: Przemysław Poznański