Niemiecki plan Fall Weiss wcielono w życie 1 września 1939 roku. Równo o 4:45 zaatakowano Westerplatte. III Rzesza ruszyła z całym impetem na polskie granice, realizując miażdżącą taktykę blitzkriegu. Żołnierz polski przez ponad miesiąc zmagał się z przeważającymi dywizjami Wehrmachtu, a następnie Armii Czerwonej. Polskę w walce opuścili sojusznicy, natomiast politycy zapewniający o jej sile uciekli za granicę. Konflikt ten tak tragiczny dla kraju, zupełnie inaczej uwidaczniał się w rodzimej prasie. Wielkie zwycięstwa, pomoc aliantów, a nawet… polskie bombowce nad Berlinem – to wyimaginowane realia polskich gazet.

U progu II wojny światowej nastroje Polaków były bardzo bojowe i pełne optymizmu. Społeczeństwo kierujące się przypuszczeniami polityków wierzyło, że w razie wojny z pomocą przyjdzie nam Anglia i Francja, które deklarowały atak na III Rzeszę, gdyby doszło do agresji na Polskę. Retoryka naszych rządzących nie pomagała w utrzymaniu pokoju – stawała w obronie wartości szlachetnych. Duch romantyzmu przeszkodził w realnej ocenie sytuacji i sprawił, że polskie posunięcia dyplomatyczne cechował nadmierny emocjonalizm. Dowodem na to jest słynne przemówienie Józefa Becka, ministra spraw zagranicznych, wygłoszone na plenarnym posiedzeniu Sejmu RP, w dniu 5 maja 1939 roku:

– Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja skrwawiona w wojnach na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę. Wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor.

Józef Beck na plenarnym posiedzeniu Sejmu RP, 5.05.1939.

(Nie)silni, (nie)zwarci, (nie)gotowi

Polaków charakteryzowało przekonanie o militarnej sile Rzeczypospolitej. Nie można jasno wykazać, czy pogląd ten forsowało środowisko dziennikarskie wobec ludności lub odwrotnie tzn. społeczeństwo domagało się wspierania własnych odczuć przez gazety i radio (kwestia ta do dziś stanowi bardzo istotny temat w dyskursie medioznawczym). Ludwik Maurycy Landau przyjął odnośnie do prasy polskiej tamtego okresu odmienne stanowisko, w myśl którego to kręgi wojskowe miały wpływ na opinię społeczną: „prasa wrześnio­wa – przewidywał w swojej Kronice – przyjmie ton oświadczeń gen. Rómmla, dowódcy armii warszawskiej, gen. Czumy, komendanta garni­zonu warszawskiego i komisarza cywilnego Starzyńskiego – oświadczeń wciąż utrzymywanych w nastroju ślepego hurrapatriotyzmu, nie licząc się z warunkami realnymi…”

Niezależnie od tego, kogo uznamy za winnego szerzenia optymistycznej dezinformacji, musimy uświadomić sobie skalę tego zjawiska. Jeszcze w 1939 roku w Polsce wydawano 2700 periodyków, w tym 184 dzienniki i 422 tygodniki. Pewna część pism powstawała w języku hebrajskim, niemieckim i ukraińskim (ponad 100 pozycji na każdy z języków – dane z „Małego Rocznika Statystycznego”). Do tego należy doliczyć druki nieperiodyczne, których liczbę szacuje się na 7974 na dwa lata przed agresją Niemiec. Polacy czytali, zwalczali analfabetyzm, a gazety stawały się przystępne masom. W trzeciej dekadzie XX wieku tylko co 5 Polak nie potrafił czytać (co było zadowalającym wynikiem w regionie). Tyle wystarczyło, aby propaganda mogła działać na społeczeństwo, które nawet przez pierwsze dwa tygodnie nie przestało wierzyć w zwycięstwo. 

Świat urojony – nadwiślańskie mrzonki 

Gdy siły niemieckie 1 września zaatakowały Polskę, w miastach pojawiały się poranne wydania gazet. Siłą rzeczy nie mogły zawierać wiadomości o wszczęciu działań zbrojnych. Wojna w swej krwawej postaci przyszła do Polaków szybciej niż informacja o niej.

„Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony”, 1939, nr 241 z 1 września.

 

Wojsko polskie ponosiło dotkliwe straty. Przewaga liczebna i techniczna III Rzeszy nie mogła zostać zrekompensowana samą wolą walki. Część frontu, gdzie linie obrony były należycie przygotowane i korzystne do odpierania ataków pancernych, pozostała nieprzesunięta przez pierwsze dni walki. Tak było w przypadku 35. pułku piechoty, który po zadaniu dotkliwych strat siłom Wehrmachtu, utrzymał swoje pozycje na Jeziorach Tucholskich. Wbrew powszechnej opinii, nasza armia nie była dobrze przygotowana do tego starcia. Zdarzały się dezercje. Wskazuje na to relacja porucznika Jerzego na Lewandowicza: „Ogromna fala uchodźców wali w kierunku odwrotnym. Żołnierze […] patrzą na to zjawisko z pewną aprobatą – że to ewakuuje się front z cywilów – przyznaje, po czym zmienia ton – Coraz mniej widzą jednak w tym porządku, coraz więcej paniki. Milkną przepierania się i dowcipy żołnierskie. W tłumie uciekających coraz częściej widać mundury wojskowe. Cóż to znaczy, u licha?…”.

 

Tymczasem na stronach gazet rysowała się alternatywna historia. Dumna polska armia odnosiła kolejne sukcesy i, jeśli wierzyć artykułom, wkrótce powinna przejść do kontrofensywy. Bardzo spokojnym o los ojczyzny mógł być czytelnik dziennika „Czas-7 Wieczór”, gdy dowiadywał się z pierwszej strony o oburzeniu i pogardzie całego świata dla Niemców”. Informacja ta zresztą stanowiła dobre połączenie z notką znajdującą się poniżej o zniszczeniu 100 czołgów i 34 samolotów wroga. Jak tłumaczy redakcja: „Dowiadujemy się ze źródeł jak najlepiej poinformowanych, że pierwszy dzień wojny narzuconej nam przez Niemcy zakończył się – uwaga – pełnym sukcesem naszej armii”. Biorąc pod uwagę prawdziwy rozwój wydarzeń, łatwo wywnioskować, iż jak najlepiej poinformowane źródła znajdowały się w siedzibie gazety przy maszynopisie…

„Czas-7 Wieczór”, 1939, nr 243 z 2 września.

 

Zaskakującą ciekawostką w tym numerze jest umiejętne wykorzystanie reklamy w odniesieniu do wojennego tła. Wytwórnia przetworów roślinnych „Przyroda” posiadała w swoim personelu osobę, która współcześnie uchodziłaby za specjalistę w dziedzinie reklamy, public relations i brandingu. Tylko nadwiślański umysł mógł bowiem 2 września 1939 roku użyć pogrubionej czcionki do wyróżnienia hasła „WRÓG NR. 1.”, zachęcając tym samym do kupna okładów borowinowych, leczących artretyzm i reumatyzm. Miejmy nadzieję, że przez pozostałe parę tygodni, znalazło się dość chętnych do zwalczania nowego, poważniejszego wroga, niż dywizje III Rzeszy.

 

„Czas-7 Wieczór”, 1939, nr 243 z 2 września.

 

Po udanej propagandzie sukcesu, na ostatniej stronie „Czasu” padło pytanie: „Idziemy do teatru czy do kina?”. Teatr Taeneum (literówka w gazecie, właściwa nazwa to Ateneum) nieczynny. Powód: Wojna? Nie, oficjalne próby. W zapowiedziach filmowych m. in. „Nie damy ziemi” Władysława Lenczewskiego w warszawskiej Famie, czyli krótkie przypomnienie walk w powstaniach śląskich, a także „Świat jest piękny” Van Dyke’a w kinie Rialto.

 

„Czas-7 Wieczór”, 1939, nr 243 z 2 września.

Świat rzeczywiście jeszcze był piękny.

Zmierzając ku klęsce

Nie patrząc na pierwsze porażki na froncie, ten sam „Czas-7 Wieczór” 5 września opublikował kolejną, pełną optymizmu wiadomość: „30 samolotów polskich zbombardowało BERLIN” Jak wskazywał tekst poniżej, wszyscy lotnicy powrócili do swych baz, a niemiecka obrona przeciwlotnicza „działała zupełnie źle”. Nie sposób doszukać się wiarygodnego źródła podanych informacji. PZL-37 „Łoś”, czyli najpopularniejszy wariant polskiego bombowca kampanii wrześniowej charakteryzował się wieloma nowatorskimi rozwiązaniami w swojej budowie i jak na 1939 rok był zaawansowany technicznie, jednak nigdy konstrukcja ta nie pojawiła się na niebie niemieckiej stolicy. 120 maszyn tego typu, jakimi wówczas dysponowało wojsko polskie, miało za zadanie, idąc za rozkazem Naczelnego Dowództwa Lotnictwa, atakować kolumny pancerne nacierające na Częstochowę, Piotrków oraz linię Przasnysz Ciechanów. Po kampanii wrześniowej ocalałe egzemplarze w większości trafiły do Rumunii. Kilka przejęli Niemcy. 

„Czas-7 Wieczór”, 1939, nr 246 z 5 września.

 

Wraz z uświadomieniem sobie bezsensowności sytuacji, polska prasa powstrzymała się od propagowania sukcesu. Sojusznicy wcale nie chcieli walczyć za naszą sprawę, polskie dywizje wycofywały się na każdym froncie, a siły pancerne zostały zniszczone przez niemieckie lotnictwo, któremu nasze nie mogły właściwie się przeciwstawić (nie mówiąc o ataku na Berlin).

Nakłady prasy ulegały zmniejszeniu. Była to naturalna reakcja na coraz większe problemy z zaopatrzeniem. Część lokalnych gazet, takich jak „Kurier Poznański” czy łódzki „Głos Poranny” ukazywały się do momentu wkroczenia wojsk niemieckich lub ewakuacji cywili z miast (kolejno 10 i 5 września dla powyższych tytułów). Na przykładzie „Kuriera Poznańskiego” widać oddanie dziennikarzy tego okresu, którzy wydawali pismo jeszcze przez 5 dni po wyjeździe z miasta urzędniczych i państwowych oficjeli. W numerze z 9 września brak było pompatycznych przemówień i pochwał dla wojska; czterostronicowy (niegdyś wydania niedzielne posiadały 32 strony) periodyk znad Warty informował wówczas o bombardowaniu Warszawy i przygotowaniach do dalszej obrony. Dalej najważniejsze komunikaty: o rejestracji szkód wyrządzonych przez niemieckie naloty w urzędzie miejskim, o godzinach urzędowania zarządu PCK, o adresach i godzinach przyjęć poznańskich lekarzy. Na ostatniej stronie dominowały nekrologi i notka o punktach odżywczych w mieście.

 

„Kurjer Poznański”, 1939, nr 408

 

Najbardziej charakterystycznym elementem, który możemy kojarzyć z końcem działalności polskiej prasy, czyli wolnych mediów (następne pojawią się dopiero po 1989 roku), jest komunikat wydany na łamach ostatniego numeru „Kuriera Warszawskiego”. Gazeta ujrzała światło dzienne 28 września. Tylko dwie strony. Na pierwszej olbrzymi komunikat:

Warszawo! Po 28 dniach zmagań, po nieprawdopodobnych ofiarach i poświęceniach uratowałaś swój honor do ostatniej chwili.

Uratowałaś Warszawo Honor Polski.

Tysiące rannych i zabitych z pośród ludności cywilnej, całe ulice w gruzach, najpiękniejsze, najwspanialsze, najdawniejsze gmachy świadczące o niezniszczalności ducha Polski – nie istnieją.

Wojska nasze po bohatersku broniły swych murów, zmagając się z przeważającą liczebnie i technicznie armią niemiecką. Cokolwiekbądź się stanie i jakie nas dni czekają, musimy pamiętać o tym, że miasto nasze, stolica Polski, musi się z tych gruzów podnieść […].

Niechaj nas krzepi w tych godzinach próby pamięć na bohaterstwo przeszłych pokoleń polskich. Niechaj nas krzepi wiara Ojców naszych.

Niech żyje Polska.

Można zadać pytanie o sens analizowania prasy, która w sporej części okazała się fałszywa, a jedynie w obliczu zagłady zaczęła rzeczywiście pomagać Polakom, przez podawanie przydatnych informacji. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, iż na stronach papieru, jak w żadnym innym źródle, odbija się wizerunek społeczeństwa polskiego z 1939 roku. Począwszy od Józefa Becka, przez wojsko, gazety, radio, po zwykłych obywateli – większość Polaków czuła, że konflikt jest nieunikniony i należy pójść w bój za sprawę wartości najwyższej, jaką jest wolność. Nie przeszkadzało to jednak życiu codziennemu, które toczyło się swoim leniwym torem (ogłoszenia, reklamy, seanse, zapowiedzi), gdy kilkaset, czy nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej wykrwawiał się żołnierz polski, dzielnie broniąc ojczyzny. Jego opór, honorowy i piękny, choć teraz wydawać by się mogło bezsensowny, a także tragiczny w skutkach, nie byłby tak długo możliwy bez udziału prasy.


Autor: Wojciech Kosek
Zdjęcia: wikipedia commons
Źródła:
– „Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony”, 1939, nr 241 z 1 września.
– Ludwik Maurycy Landau, Kronika wojny i okupacji, Warszawa 1962, t. 1, s. 11.
– 
Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Mały Rocznik Statystyczny 1939, Warszawa 1939, s. 315.
– 
Czas-7 Wieczór”, 1939, nr 243 z 2 września.
– „Czas-7 Wieczór”, 1939, nr 246 z 5 września.
– „Kurjer Poznański”, 1939, nr 408