„Powidoki” [RECENZJA]

Ostatnie dzieło Andrzeja Wajdy, to obraz niezmiernie ważny, w dobie powoli dożynanej przez władze kultury. Ale nie tylko. „Powidoki” są dokładnym i szczegółowym konspektem upadku wielkiego talentu, choć nieidealnego człowieka.

Andrzej Wajda zrobił film bardzo dojrzały, trudny. Choć nie ma w nim dokładnego psychologicznego rozwikłania powodów, dlaczego przedstawiony bohater jest taki, a nie inny. Władysław Strzemiński (Bogusław Linda) zostaje pokazany wręcz jako bohater. Uwielbiany przez studentów, skreślony przez reżim. Silna osobowość, ogromny talent, twórca teorii powidoków, założyciel szkoły, wykładowca i przeciwnik „nowej” władzy w jednym. Poznajemy Strzemińskiego właściwie tylko z jednej, tej szlachetnej strony. Jedyna rysa, jaką reżyser zrobił na jego charakterze, to kompletnie niezaangażowana relacja ojciec-córka. Mała Nika jest na tyle dorosła, że podejmuje bardziej racjonalne decyzje niż jej ojciec. Ktoś, kto odrobinę zainteresował się postacią malarza, ten poznał przynajmniej część jego rodzinnych kłopotów z żoną Katarzyną Kobro, frustracji prowadzących do licznych romansów i egoizmu. Kobro właściwie nie ma w filmie. Mówi się o niej, jednak jest nieobecna. A szkoda. Mogłaby dodać różnorodności i wielowymiarowości postaci. Być może te minusy widoczne już na etapie scenariuszowym, pchnęły Lindę do wypowiadania nieprzychylnego zdania na jego temat.

linda zamachowska

Film ma jednak duży ładunek emocjonalny. Oczywiście ogromna to zasługa wybitnego w roli Strzemińskiego, Bogusława Lindy. Jest to kreacja, którą stawiam na jednym miejscu z wczesnymi rolami aktora – mam na myśli „Kobietę samotną”, „Przypadek” czy „Człowieka z żelaza”. „Powidoki” dały Lindzie szansę na wyrzucenie z pamięci wielu widzów, raczej słabej roli w „Pittbulu”. Dały szansę, by przypomniał jakim jest aktorem. Każda scena z Lindą jest znakomita. Nawet, gdy nie ma porywającej akcji, bo też nie jest tego typu obraz, Bogusław Linda porywa swoją kreacją. Każdy gest, przymrużenie powiek, grymas czy słowo jest powiedziane, zagrane w jakimś celu. Nie tylko po to, by wzruszyć widza, wycisnąć łzy, nie. Ale po to by zmierzyć się z człowiek w sobie. Zadać pytanie, po której stronie jestem? Uchwycenie tych drobnych, a jakże istotnych składowych filmu było zadaniem światowej klasy operatora – Pawła Edelmana. Zdjęcia mają ogromny wydźwięk, odnoszą się do czasów ciężkich dla artystów tworzących wbrew zaleceniom władzy. Genialna jest tak zwana czerwona scena z początku filmu, kiedy zastajemy Strzemińskiego siedzącego z paletą farb przed płótnem. Genialnie ukazany moment upadku malarza, kiedy władza ludowa raz za razem pokazuje mu, że bez ich poparcia zostanie mu odebrane wszystko. Nawet talerz zupy gotowanej przez sąsiadkę.

Niemoc artysty, jego bezsilność jest uderzająca i tragiczna. „Powidoki” to dla mnie przede wszystkim Linda. Bez niego ten film by się nie udał. Biorąc pod uwagę wybory obsadowe, to oczywiście Mariusz Bonaszewski zawsze jest wspaniały, choćby zagrał przysłowiową klamkę u drzwi. Martwi mnie jednak zachwyt wielu nad Zosią Wichłacz. Niestety jej gra jest jednowymiarowa, beznamiętna. Nawet gdy mówi, że kocha nie jestem w stanie jej uwierzyć. Na uwagę zasługuje Tomasz Włosok. Jest w nim jakaś prawda, konflikt, co zawsze jest ciekawe w budowaniu postaci. Szkoda, że role dla grupy studentów Strzemińskiego zostały napisane w sposób nie dość ciekawy, by pozostawili po sobie coś istotnego. A przecież wśród młodych aktorów są tacy, o których wiem, że są utalentowani i stać ich zdecydowanie na więcej, choćby Paulina Gałązka czy Irena Melcer. Ale to nie ich wina i czepialstwo z mojej strony. Istotną rolę w „Powidokach” miała Bronka Zamachowska, zagrała Nikę, córkę Strzemińskiego i Kobro. Cóż, nastolatka stawia pierwsze kroki w świecie filmu, więc daję jej jeszcze szansę. Wytypowanie filmu Wajdy do walki o Oscara za film nieanglojęzyczny było jednak nieporozumieniem i „Powidoki” przepadły.

Andrzej Wajda rozstał się z nami w pięknym stylu. Zostawił obraz człowieka bezkompromisowego, odzianego w niezgodę na ingerencje w pracę artysty, w kreowanie jednej myśli w sztuce, która jest akceptowana przez system. Trudno wyjść z kina nieporuszonym, tym bardziej zderzając ze sobą czasy komunizmu z dzisiejszymi, kiedy dyrektorzy teatrów popierani przez rządzącą partię, mają sztukę za nic.

Autor | Sabina Misakiewicz

  • Film obejrzałam dzięki uprzejmości Multikina