- REKLAMA -

Rozmawiamy ze studentami IV roku Wydziału Lalkarskiego AST, tuż przed premierą spektaklu pt. „Bagaż” na podstawie opowiadań Brunona Schulza, w reżyserii Aleksandra Maksymiaka. Premiera 16 marca w Teatrze AST przy ul. Braniborskiej. 

Sabina Misakiewicz: Spotykamy się na kilka dni przed waszym pierwszym dyplomowym spektaklem. Opowiedzcie proszę o granych postaciach, pracy nad nimi. Czego tu doświadczyliście i co było ważne. 

Michał Skiba: Wcielam się w postać Józefa. Jest to taki przewodnik po swiecie Schulza, za nim podążamy kiedy wkraczamy do sanatorium. Z cała pewnością powiem, że praca nad ta postącią przy tym spektaklu to bardzo ciekawe doświadczenie, taka praca od podstaw, od intencji do tematów, które musieliśmy poukładać w głowie. Nasz reżyser bardzo na to zwracał uwagę, żeby najpierw poukładać w sobie, a dopiero poźniej zamieniać w formę. Bardzo pozytywne doświadczenie. Myślę, że duży wpływ tu ma fakt, iż profesor Maksymiak to reżyser starej szkoły, więc stawiał na rzeczy, których już prawie nie ma teatrze, Mogliśmy dzięki niemu dotknąć tego, co już bardzo rzadkie.

SM: Czyli krótko mówiąc, macie powrót do źródeł tearu lalkowego, tak?

Filip Niżyński: Można to okreśić jako powrót do teatru bardzo klasycznego. Ja  na scenie jestem Gotardem, który z kolei jest szefem całej trupy Sanatorium. Wymyślił sobie, że jego celem bedzie powołanie do życia  człowieka po raz wtóry, na obraz i podobieństwo manekina. Bawi się trochę w boga, ale nie mówi, że jest lepszy niż bóg. Nie chce mu dorównać, chce pokazać, że można pracować inaczej. A co wyniosłem z tej pracy? Jesteśmy wprawdzie jeszcze przed premierą ale mogę już to powiedzieć, wynoszę z tej pracy bardzo dobrą starą szkołę teatru, w której profesor uczy nas nie tylko jak poruszać się na scenie, ale całej dyscypliny teatralnej: jak to w teatrze jest albo powinno być, jak było kiedyś,. Spotkanie z profesorem, reżyserem, scenografem Maksymiakiem jest bardzo dobrym punktym w dopiero startującej karierze aktora i nie żałuję niczego i bardzo jestem zadowolony z tego spotkania.

SM: Ogromny szacunek słychać w tym, co mówicie. Zarówno do tej pracy jak i do reżysera. 

Filip Niżyński: Zgadza się ponieważ takim samym szacunkiem darzy nas właśnie nasz profesor. To jest wymiana dwustrona.

Agnieszka Ejsmond: Ogromne wzajemne zaufanie – bez niego nie dałoby się zbudować tego spektaklu.

Natalia Bloch: Podchodziliśmy do tego spotkania z pewną dozą niepewności, bo profesor jest  owiany w naszej szkole tajemniczością i trochę się tej tajemnicy baliśmy. Okazał się być jednak bardzo ciepłym człowiekiem, mającym wiele zrozumienia do nas i naszego początkującego aktorstwa. Już w pierwszych dniach naszej współpracy to wzajemne zaufanie zapączkowało i tak sobie płynie.

SM: Jak szukaliście inspiracji do waszych ról? Mieliście otwartą furtkę czy raczej wyznaczone ścieżki? 

Natalia Bloch: Mieliśmy bardzo dużą swobodę. W powstawaniu mojej Poldy, jednej z sióstr Profesor nie narzucał mi niczego, wręcz przeciwnie. Był to proces, podczas którego szukałam jaka ona powinna być. Reżyser bardzo pomagał, ale nie naciskał i to było bardzo ważne.

Agniesza Ejsmond: Ja w spektaklu gram Paulinę. To jedna z trzech sióstr/mojr, krawcowa. Razem z siostrami mam wpływ na bieg wydarzeń w Sanatorium. Kreujemy rzeczywistość przed Józefem oraz na jego oczach. Mam upodobanie do wykorzystywania istot… w szczególny sposób. Ale to już zobaczą państwo w spektaklu. Oczywiście pytałam jak coś zrobić, zagrać. Profesor wtedy strzelał inspiracjami, nazwiskami, odniesianiami i praca z kimś takim jest doświadczeniem, na które można czasem czekać poł życia.  A my to mamy teraz, na wyciągnięcie ręki. Najcenniejsze w tym spotkaniu są ogromny spokój i niebywała metodyka pracy, zaplanowany czas. Nasz szacunek wynika też z tego, że profesor ma wielką wiedzę o świecie teatru i zawsze służy radą i wiedzą.

Karolina Bartkowiak: Też jestem Mojrą, siostrą. Ale poza nią staram się jeszcze kreować postać matki, która jest dużym wyzwaniem. Mam nadzieję, że efekt będzie dobry, bo w moim wieku grać rolę kobiety, która jest trzy razy starsza ode mnie jest olbrzymim wyzwaniem. Trzeba szukać ruchu, głosu, sposobu myślenia, całościowego poruszania się taką figurą, podołać temu zadaniu jest niełatwo.

Łukasz Staniewski: Gram w tym spektkalu asystenta naszego głównego Demiurgosa doktora Gotarda, na jego też prośbę jestem ojcem Józefa-Jakubem. Jestem starszym jegomoścem, więc pracując nad postacią też szukałem rytmu, formy. Można by powiedzieć, że pewną formę nadeje lalka ale nie jest to takie proste, trzeba było więc szukać i w tym bardzo pomógł mi profesor. Wprawdzie o profesorze już chyba tu koledzy i koleżanki powiedzieli wszytko, ja mogę tylko powiedzieć, że się ze wszystkim zgadzam i postawić kropkę.

SM: Jest jakiś szczególny powód dla którego warto zobaczyć ten spektakl?

Łukasz Staniewski: Oczywiście, że jest. Bo będzie dobry. I pod względem plastycznym, muzycznym i interpretacyjnym raczej też. Będzie oldscoolowy w dobrym tego słowa znaczeniu. Wniesiemy tu młodą energię i pokażemy, że taki teatr, jaki był dawno temu można robić dzisiaj i też będzie on ciekawy i pociagąjący być może bardziej niż współczesne produkcje, nie będzie niczym odstawał. Obecnie w teatrze ciężko o takie lalki z którymi pracujemy, bo są wyjątkowe mimo, że mają już parę ładnych lat. Są pięknymi formami, które warto zobaczyć w ruchu. I bardzo jestem ciekaw odbioru publiczności. Z chęcią się zmierzę z oceną.


Rozmawiała: Sabina Misakiewicz