- REKLAMA -

Grafika, opublikowana przez polski fanpage Netflixa, rozwiewa wiele wątpliwości. Jednak, jak to bywa w takich sytuacjach, daje okazję do ponarzekania.

Chciałbym napisać, że książki Sapkowskiego jeszcze nigdy wcześniej nie były tak często cytowane, jak przy okazji newsów dotyczących obsady nadchodzącego „Wiedźmina”. Netflix ujawnił nazwiska pierwszej dziesiątki aktorów. Dziewięciu z nich ma jasną karnację skóry (w tym Henry Cavill, o którym wiedzieliśmy już wcześniej). Jedna, Mimi Ndiweni, jest ciemnoskóra i to przy jej okazji pojawiają się komentarze i żale.

Ndiweni wciela się w Fringillę Vigo Nilfgaardkę. Taki wybór sugerować może (choć to nic pewnego), że wszystkich (większość) przedstawicieli Nilfgaardu będzie cechować ciemna karnacja – a tak, zdaniem fanów, być nie powinno. Krytykowane są także inne wybory. Anya Chalotra, która wcieli się w Yen, jest podobno za młoda (zresztą wszyscy są za młodzi) oraz wygląda inaczej niż książkowy pierwowzór. Choć zastanawia mnie, ilu komentujących starało się wyobrazić sobie aktorkę w scenie z jednorożcem? A już najbardziej niedorzeczne zdaje się komentowanie urody aktorek, wskazując, że pierwowzór był ładniejszy (sic!).

Problem z mało znanymi (nie znanymi) aktorami przemilczę, nikt nie rodzi się jako Meryl Streep czy Katharine Hepburn. Brak gigantycznej filmografii oraz miliona nagród nie skreśla potencjalnego aktora.

Poczekajmy na finalny produkt. „Wiedźmin” planowany jest jako produkcja na lata, aktorzy za kilka lat zmienią się, a ich odmładzanie byłoby problematycznie. Łatwiej kogoś ucharakteryzować tak, by wyglądał na starszego, miał odpowiedni kolor włosów, loki, piegi, a nawet elfie uszy. Znając potęgę przemysłu filmowego, tym bardziej dziwi to wszechobecne narzekanie – choć może komentujący robią to zwyczajnie dla zasady.

Serial pojawi się już w 2019 roku.


Autor: Patryk Wolny