Magiczny festiwal PPA już po raz 37 przyciągnął do miasta wielu znakomitych artystów. Jak się okazało artystami mogą być też naukowcy. Pod warunkiem, że są szaleni. Wspaniała ekipa szaleńców z Instytutu B61 sprawiła mi wielki ubaw – pisze Sabina Misakiewicz.

„Ewolucja gwiazd” to swego rodzaju performance czy też inaczej mówiąc projekt interdyscyplinarny. Nie często się zdarza by twardo stąpający po ziemi jajogłowi trzymali sztamę z nadwrażliwcami. A jednak. Taki też wielowymiarowy świat pokazali widzom, zabierając ich w paranaukową, parateatralną muzyczną podróż. Całą zabawę poprowadzili w konwencji wykładu o powstawaniu, życiu i śmierci gwiazd. W białych kitlach wyglądali jakby wyszli prosto z laboratorium NASA, w którym dzieją się rzeczy niewidoczne i niezrozumiałe dla laika. A zaczęli od tego, że jeden z „profesorów” zgromadził widzów we foyer Capitolu, ustawił w dwuszeregu, odliczył, kazał przestawić zegarki w telefonach, co trwało i trwało i trwało, a gdy już je przestawili – wyłączyć. Po chwili już wszyscy zajęli miejsca w autobusie. Oklejone czarną folią okna, co niektórych przyprawiały o dreszcz. Po krótkiej jeździe „pojazdem czterokołowym” znaleźliśmy się w obskurnym, śmierdzącym siarką i czymś tam jeszcze miejscu, przypominającym plan filmowy średniej klasy  thrillera.

Szaleni naukowcy w całkowitej powadze odgrywali przed nami swoje role. Kazali włożyć kombinezony ochronne i poprowadzili korytarzami, schodami i drzwiami by rozpocząć tę przedziwną przygodę. Wędrówki doprowadzały do kolejnych stacji – instalacji. Niewiele rozumiałam z wykładu o magii liczb, gdyż matematyka, zawsze była moją piętą achillesową. Ale formą jaką bawił się prowadzący i jego radość z tejże rozbrajały mnie.  Im dalej w las tym piękniej, ciekawiej, magiczniej. Po kolejnych schodach i korytarzach działy się bowiem następne happeningi i innego rodzaju występy wokalno-insytumentalno-świetlne. Rozczulił eksperyment cukierniczy – efektem była puchata broda z waty cukrowej tajemniczego profesora, którą można było zjeść i poczuć się jak dziecko.

W „Ewolucji gwiazd”  klasyczną dramaturgię zastąpił podawany w niepretensjonalny sposób astronomiczny wywód o materii kosmosu, czarnej dziurze i znikających gwiazdach. Gwiazdy znikały jedna po drugiej dzieląc się z przybyłymi swoim światłem i talentem: Małpa, Łąki Łan, Kortez, Maja Kleszcz i Wojtek Krzak. Na koniec zaskoczył swoją obecnością Mariusz Lubomski. Żaden z widzów, już po opuszczeniu murów budynku przy Grodzkiej, nie spodziewała się, że po drugiej stronie ulicy, będzie śpiewał ubrany w czarny garnitur. Nikt też się nie spodziewał, że podczas słuchania Mai Kleszcz będzie świadkiem  wysadzenia w powietrze bezgłowego kurczaka. Pan w białym kitlu wyjaśnił, że właśnie tak umierają gwiazdy… i nakazał przejść przez pokój upstrzony resztkami kurzego ciała. Ten eksperyment akurat nie był dobry. Przynajmniej dla mnie. Zapamiętam go jednak na długo. Pomyślałam wtedy tylko smutno o Kurcie Cobainie… i że nie chcę być gwiazdą.

Autor|Sabina Misakiewicz

  • Zdjęcie | Łukasz Giza / PPA