Spektakl miał być grany raz, ale zainteresowanie sprawiło, że zagrano go aż trzy razy. I o trzy za dużo. „Joplin” poraża słabością. Jedynym plusem i siłą była śpiewająca Natalia Sikora, która swoim głosem potrafi porwać tłumy.

Już w pierwszych kilkunastu minutach jakieś dziesięć razy chciałam wyjść ze Sceny Ciśnień. W tym czasie z ust aktorów wypełzło, jak gromada obrzydliwych robali, tyle wulgaryzmów, że nie powstydziłby się ich największy prostak i cham. Jednakże pragnę zaznaczyć, iż nie mam nic przeciwko wulgaryzmom. Sama kwieciście klnę, kiedy świat okazuje się być zbudowany z idiotów. Ale by oprzeć spektakl na „kurwa” i „spierdalaj”,  to jest to moim skromnym zdaniem tandetne. O ile większy wydźwięk miałaby ta „kurwa” i to „spierdalaj”, gdyby nie szafowano nimi tak bogato. Pierwsza cześć „Joplin” nie trzyma się kupy. Nie ma napięcia. Nie ma nic. Aktorzy szepczą coś pod nosami. Widz w ostatnim rzędzie mimo mikrofonów zbiorczych nie usłyszał pewnie połowy z tego bełkotu. Artystyczny nieład, ładnie to ujmując, to jedyne, co nasuwa mi się na myśl, kiedy wspominam niedzielny wieczór i zażenowanie jakie czułam. I wciąż czuję. Całe szczęście, że ostatni z niedzielnych spektakli był o wiele krótszy od tego, który zaprezentowano w sobotę. Gdybym miała zostać tam o kolejne 40 minut dłużej, to przysięgam, że albo umarłabym z nudów albo wyszłabym nie zważając na nic. Zostałam do końca, dzielnie jak żołnierz na polu walki, mimo niesmaku. Szczerze przyznam, że nie widziałam nigdy, nic tak słabego i  nigdy wcześniej też nie widziałam, by widz wychodził tak gęsto. Czy to nie daje do myślenia? Halo? Myślę, że powinno. W dzisiejszych czasach widzowie niejedno już widzieli, ale ze wszystkim trzeba ostrożnie, z umiarem, wyczuciem. Nie należy sprowadzać widza do roli ameby. Nie mam bladego pojęcia, co reżyser chciał przekazać widzom poprzez swój przerysowany obraz  historii ruchu hipisowskiego i Joplin. Jej opowieść jest poruszająca i tragiczna sama w sobie. Znam ją odkąd wyrosłam z pieluch. Wszyscy wiemy, że piła na umór, ćpała i zmieniała partnerów seksualnych. Że dramatycznie poszukiwała miłości, zrozumienia i akceptacji. Bardzo żałuję, ale „Mamuśka” nie przemówiła do mnie ze sceny. Nic w „Joplin” do mnie nie przemówiło, nie przekonało. W tym całym chaosie był zaledwie jeden moment, który mnie wzruszył. Moment wywiadu telewizyjnego, kiedy przejmującym głosem Sikora opowiada o tym, jak nazywali ją uczniowie z jej klasy, sąsiedzi, mieszkańcy jej miejscowości a nawet stanu. To był jedyny moment, kiedy uwierzyłam. Reszta nie miała w sobie nic. Bezgraniczna pustka. Ani krztyny prawdy. Bo prawda, to nie są faceci na golasa i dziewczyny bez majtek. No i widz nie jest debilem. Nie trzeba podawać mu „kawy na ławie”, żeby potrafił zrozumieć o czym mu się opowiada. Pan reżyser i jego świta zrobili klapę. Zaduch papierosowy, opary alkoholu i niczym nieuzasadniona nagość, to nie jest przepis na dobry spektakl. Wielokrotnie miałam ochotę krzyknąć „dziura”, jak zwykło się krzyczeć podczas fuksowania studentów szkół teatralnych. Może to, przypomniałoby tym Państwu na scenie, po co spędzili w nich 4 lata. Sztuka Tomasza Gawrona nie posiada w sobie nic ze sztuki. Bardzo chciałam zobaczyć ten spektakl. Teraz bardzo chcę o nim zapomnieć.

Autor | Sabina Misakiewicz