- REKLAMA -

Po dwuletniej przerwie na deskach Wrocławskiego Teatru Lalek znów odbywa się Przegląd Nowego Teatru dla Dzieci. Spektakl otwarcia „Babcia na jabłoni” Jarosława Kiliana niestety zwiódł na kilku frontach. Natomiast znakomity Show zapewnił widzom Kazio Sponge. 

W czasie trwania festiwalu przez trzy sceny WTL-u przewinie się 19 spektakli. Poprzeczka podniesiona jest bardzo wysoko. Organizatorzy wybrali bowiem spośród zgłoszeń te najlepsze. Kilka z produkcji już za nami. A oczekiwania były ogromne, szczególnie w przypadku spektaklu otwarcia. Raz, że nasz wrocławski zespół, a dwa, że dobrze jest wystartować z wysokiego „C”. Liczyłam więc na wielkie „BUM”, a poźniej niechby było jak u  Hitchcocka. Niestety premierowy spektakl nie zrobił wielkiego „BUM”,  a co najwyżej „pif”, pisane małymi litrami. Książka Miry Lobe, na podstawie której powstało przedstawienie,  niesie w sobie spory ładunek emocjonalny, wyjątkowe przesłanie. Porusza tematy dotyczące samotności, poczucia odosobnienia, chęci posiadania kogoś bliskiego, z którym można spełniać najskrytsze marzenia, zaspokojenia potrzeby posiadania babci. Jak do tej pory WTL radził sobie z tego typu materią bardzo dobrze. Może poza „Krzywiryjkiem” Roberta Jarosza, z którego najbardziej zadowolony był chyba on sam.  W przypadku „Babci na jabłoni” jest  podobnie. Siedzący za mną podczas premiery Jarosław Kilian, a to pstrykał palcami, a to tupał nóżką czy też pokrzykiwał. Prawie jak Lupa. Ale czy miał aż taki powód do zachwytu? Nie sądzą. Nie mogę natomiast niczego zarzucić ekipie aktorskiej, na czele ze znakomitą Agatą Cejbą w roli Antka (brawurowo wykonany koncert na miskach), pragnącego mieć babcię i Jolantą Góralczyk-wspaniałą Babcię i Panią Panią Fink. Pozostałe postaci nie mają tu właściwie wielkiego znaczenia. Są jedynie tłem dla całej historii. Reżyser nie stworzył żadnych relacji. Przebiegł się po dość trudnych tematach,  co w efekcie sprawiło, iż spektakl nie wzbudził we mnie ani radości, ani wzruszenia. Obawiam się, że gdyby nie czujni mali widzowie, którzy głośno komentowali sytuacje na scenie, to raczej entuzjazm widowni byłby słaby. Z przykrością muszę przyznać, że we mnie z minuty na minutę wygasał ogień zainteresowania. Kompletnie nie rozumiem czemu służyć miała przerwa w spektaklu? Chyba tylko temu, żeby kto znudzony mógł swobodnie nie wrócić na drugą część. Brawa dla muzyków Bartka Miarki (gitary) i Michała Bocka (perkusja). W tym spektaklu jednak magii nie było.  Tej za to dostarczył Teatr Miniatura z Gdańska, który przyjechał z dwiema swoimi propozycjami: „Krzyżakami” i ‚Kasieńką”. Monumentalne dzieło Sienkiewicza poddano adaptacji, liftingowi, dodano humoru i nieco pikanterii romansem Zbyszka i Jagienki. Spektakl w reżyserii Jakuba Roszkowskiego jest świeży i zrealizowany w ciekawy sposób. Mirek Kaczmarek ubrał aktorów w ujednolicone niebieskie uniformy, by nie odciągać uwagi od animowanych przez nich lalek i planszet. Sami też występują w żywym planie. Scenografa jest niby makietą miast, niby stanowiskiem archeologicznym. Całość nagrywana jest na kilka kamer i na bierząco wyświetlana na dużym telebimie. Opowieść o złym zakonie, Zbyszku i Danusi toczy się w kilku planach z muzyką na żywo. Roszkowski ma bogatą wyobraźnię i dzięki niej wspaniale te plany połączył sprawiając, że nudna i archaiczna historia przedstawiona jest z biglem i przesłaniem: wojna to porażka, zło i cierpienie. Znakomity zespół aktorski wielokrotnie sprawił, że publiczność reagowała bardzo entuzjastycznie. Ta realizacja zapadnie mi w pamięć nie tylko dlatego, że wreszcie polubiłam „Krzyżaków”, ale też z jednego jeszcze powodu. Nie mogę pozbyć się głowy pięknie zaśpiewanej piosenki Danusi „Gdybym ja miała, skrzydłeczka jak gąska”. Teatr Miniatura przywiózł jeszcze jeden mądry, wzruszający  spektakl – „Kasieńkę”. Tym razem była to współczesna historia nastoletniej dziewczynki. Główna bohaterka wyjeżdża wraz z mamą do Anglii w poszukiwaniu zaginionego taty. Tam, w nowym środowisku szkolnym czuje się niezbyt dobrze. Spokojnym głosem opowiada o wszystkich problemach związanych z dojrzewaniem, miłością do rodziny, stracie ojca, akceptacji jego nowej rodziny, presji otoczenia, samotności, depresji mamy i swojej pierwszej miłości. Spektakl nie ma dialogów, nie słyszymy głosów aktorów, poza narratorką. Zaskakującym był dla mnie fakt, że całe przedstawienie odgrywane jest w teatrze cieni na tle animacji, które bardzo płynnie zmieniały się dopasowując miejsca do akcji. Reżyserka spektaklu Anna Wieczur-Bluszcz w nieskomplikowany sposób wypunktowuje ważne dla wieku dorastania problemy. Obecna na widowni spora grupa nastolatków z zaciekawieniem wsłuchiwała się w głos narratorki i reagowała empatycznie, co tylko potwierdza, że spektakl zrobiony jest mądrze. Największym hitem, skierowanym jednak dla nieco starszego grona odbiorców jest „Estradowy Wycierus, czyli o kondycji artysty we współczesnym świecie” w wykonaniu Kazia Sponge, jego mamy Anny Makowskiej-Kowalczyk i Grzegorza Mazonia, który tworzy muzykę. Ta trójka to istna bomba wybuchowa. Intelekt, dowcip i duży talent. Muzyczne show bezokiej lalki z kołkiem w głowie, to dowód na to, że teatr lalkowy nie musi być grzeczny. Bo Kazio taki nie jest. Klnie, opowiada brzydkie kawały i jest mu bliżej do Abelarda Gizy niż do Misia Uszatka.  Komentuje otaczającą nas rzeczywistość i środowisko artystyczne w przezabawny sposób. Mówi między innymi o braku weny, pijaństwie, bieda-teatrze. W tym spektakularnym stend-upie oczywiście nie brakuje humoru, ale też jest w nim głębokie przesłanie: artysta powinien się cenić. Kiedy aktorka-animatorka gąbczastego Kazia mówiła o więzi z laką, o tym, że nigdy nie przyjmie propozycji pracy, w której Kazio miałby mówić cudzym tekstem albo głosem, dopadło mnie wzruszenie. Program „Estradowy Wycierus” to 12 piosenek, które  wyznaczają tempo, nieco przydługiego występu. Myślę, że da się go wprawnie przyciąć by od nowego sezonu bawił dorosłą widownię. Nie zdziwię się, gdy Kazio nagra płytę. Z pewnością pokryłaby się platyną.


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: Materiały WTL