Tuż przed premierą „Zamku”Franza Kafki w reżyserii Marka Fiedora, odtwórca głównej roli, Przemysław Bluszcz  w rozmowie z Sabiną Misakiewicz. 

Co robisz we Wrocławiu?

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: – Zostałem zaproszony i przyjechałem.

Na stałe mieszkasz pod Warszawą, co skłoniło Cię do grania w stolicy Dolnego  Śląska?

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: – Dostałem propozycję i ją przyjąłem. Marek Fiedor przysłał mi scenariusz „Zamku”, przeczytałem go i spodobał mi się. Poza tym lubię Wrocław, zawsze było mi do niego blisko. Parę lat temu, w tym teatrze grałem w reżyserowanej przez Krystynę Meissner Orkiestrze Titanic.  To był owocny czas. Myślę, że podobnie jest teraz.

Wrocław jest na chwilę, Warszawa na stałe, ale Twoje korzenie to Legnica i Teatr Heleny Modrzejewskiej. Grałeś tam w sztukach chyba najważniejszych dla siebie. Był Hamlet,  Kordian była też  Ballada o Zakaczawiu. To niezapomniany Teatr Telewizji, do którego ja często wracam. Jak wspominasz tamten czas?

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: – Legnica jest i zawsze będzie bardzo ważna. Ballada, też. Otworzyła drzwi wielu z nas. Jankowi Chabiorowi, Tomkowi Kotowi.  Mnie też oczywiście. To po „Balladzie” posypały się propozycje.

Wśród nich, po kilkunastu latach propozycja Marka Fiedora. Znacie się nie od dziś i pracowaliście ze sobą wcześniej. Jakim jest reżyserem? Spokojnym mędrcem, czy raczej rzucającym „mięsem” despotą?

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: – Jest dobrym reżyserem.  Ma narzędzia by osiągnąć cel jaki sobie postawił na początku drogi. Owszem zdarzy mu się jak każdemu mięsem rzucić, ale więcej w nim kultury, bezpieczeństwa dla nas aktorów i mędrca. Takiego go potrzebujemy. Raczej mogę nazwać go spokojnym mędrcem. Pracowałem z Markiem kilka lat temu,  przy spektaklu „Moja córeczka” w teatrze Ateneum. Zarówno wtedy jak i teraz odczuwam ogromny komfort. Marek nie przychodzi na próby i nie mówi „ej, no weźcie zagrajcie tam coś sobie”. Nie ma czegoś takiego. Jest ciężka praca, za która stoi wiedza i skromność.

K., geometra jest nieco inną postacią, niż te dzięki którym jesteś rozpoznawany, jak Benek Cygan z „Ballady”, Uwe Rappke z „Czasu honoru”, czy gangster Lewar ze „Świadka koronnego”. To trudna rola?

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: –  O tak. Najtrudniejsze są te wszystkie kobiety, które kuszą. Muszę z nimi ciągle walczyć. Z drugiej strony bardzo przez  nie cierpię. Cierpienie jest trudne.

Jedna z twoich scenicznych koleżanek powiedziała, że „Zamek” to upadek mężczyzny.  Tak, to waśnie odbierasz?

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: – W pewnym sensie tak. Spektakl ma w sobie bardzo dużo takiej biologicznej, kobiecej mądrości, której trudno mężczyźnie się przeciwstawić. Rozstrzygnie się na deskach.

Dziękuję Ci za rozmowę i  trzymam kciuki za premierę.

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ: –  Ja również dziękuję i zapraszam wszystkich do teatru.

Rozmawiała | Sabina Misakiewicz

  • Zdjęcie | Tomasz Żurek / WTW

*
ZOBACZ TAKŻE: Zamek „współczesny”