O obrazoburczym „Knives out” z reżyserem filmu Przemysławem Wojcieszkiem rozmawia Sabina Misakiewicz.

*

Sabina Misakiewicz: –  Twój najnowszy film opowiada gorzką historię pokolenia dwudziestoparolatków, którzy spotykają się po latach. Każdy jest na innym etapie życia, ma inny bagaż doświadczeń. Jest jednak coś, co się nie zmieniło: poglądy, które doprowadzają do konfliktu. W swoich filmach zawsze wkładasz kij w mrowisko, tak jest i teraz. Opowiedz mi skąd pomysł na takie kino, na „Knives out”?

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Pomysł pojawił się po wygranej PIS-u w wyborach. Duża część społeczeństwa, która głosowała na PiS, na program nacjonalistyczny, który ta partia promuje, to ludzie młodzi, poniżej trzydziestego roku życia. Pomyślałem sobie, że to jest bardzo ciekawe, że nie zdarzało się to w moim pokoleniu. Z tego co pamiętam, my byliśmy raczej w drugą stronę. Okazało się, że to jest fajny temat, na bardzo ważny film. Wiedziałem, że nie chcę tego pisać sam, bo nie wierzę, że czterdziestolatek może napisać coś wiarygodnego o ludziach o połowę młodszych od siebie. W związku z czym do tej pracy wziąłem grupę ludzi ze szkoły teatralnej. Najpierw postanowiłem zrobić taki casting w „Sielance” [wrocławski pub przy ul. Bogusławskiego – dop. red.]. W ogóle to nienawidzę castingów, ale musiałem go zrobić. Nie byłem w PWST pewnie ze sto lat i w ogóle nie wiem, kto tam teraz studiuje. Za każdym razem, jak chodziłem tam do nich na castingi, to później przez następnych kilka lat miałam dosyć kontaktu z tym miejscem. Pomyślałam sobie, że zaproszę ludzi na piwo i normalnie pogadamy. Przyszło prawie pięćdziesiąt osób. Wybrałem z nich siódemkę studentów, szóstkę, bo właściwie była jeszcze dziewczyna, która skończyła rok wcześniej. Muszę przyznać, że dobrze trafiłem, bo to fajna ekipa. Ci ludzie, których wybrałem są bardzo ciekawi. Mnie się dobrze z nimi gadało i im ze mną i z sobą nawzajem, bo się znają. Kacper [Sasin – dop. red.] z Michałem [Surówką – dop. red.] są przyjaciółmi, reszta też jest jakoś z sobą organicznie połączona. Natalka, Emilka… bardzo fajnie między nimi przepływa energia, nie ma się poczucia, że to są ludzie od czapy, tylko grupa przyjaciół. Usiadłem i napisałam z nimi tekst. Pisaliśmy go trzy tygodnie, trzy – trzy i pół tygodnia rzeźni. Pierwszy raz w ogóle „ever”, pierwszy raz pisałem z kimś, i czułem, że pisałem na maksa, non-stop. Ja wymyśliłem historię, a wspólnie pracowaliśmy nad dialogami. Oni mieli swoje pomysły, ja miałem swoje. Starałem się szukać jakiejś wspólnej drogi. Znaleźliśmy ją i tak powstał film.

Polskość, która jest w filmie pokazana jest specyficzna. W bardzo radykalny sposób obrazuje tych młodych ludzi. Nie uważasz, że to bardzo bolesny obraz?

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Oczywiście, że bolesny. I dlatego wydaje mi się potrzebny i ciekawy. Ciekawe są też reakcje rówieśników, moich bohaterów, bo po paru projekcjach, które mieliśmy, dostałem wiadomości na fejsie od ludzi, których nie znałem wcześniej i oni pisali, że obejrzeli ten film i że dostali pięścią w brzuch. Pisali, że dookoła wszędzie tak właśnie jest, jak w filmie.

Moją reakcja była bardzo zbliżona.

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Jeśli tak jest, to znaczy, że to działa. Że tak się zdarza. Że tak to wygląda. Oczywiście, że ludzie są różni, nie można generalizować. Aktorzy, z którymi pracowałem, uwielbiam ich prywatnie, nie mają takich twardych poglądów, jak ja czy bohaterowie „Knives out”. Jednak jest taki trend i ten trend jest bardzo mocno wyczuwalny, takiej schizy nacjonalistycznej, która się pogłębia. Mam wrażenie, że od ukończenia tego filmu to się jeszcze pogłębiło i jest coraz groźniejsze.

Możesz podać jakiś przykład?

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Gadaliśmy po wrocławskiej projekcji w Kinie Nowe Horyzonty o tym Międlarze nieszczęsnym, przez połowę spotkania. To znaczy, że on wzbudza reakcje. Wszedłem na jego stronę i to był dla mnie szok. A wiesz, co najbardziej mnie przeraziło? Nie to, że on ma takie poglądy, bo wiadomo, że tacy skurw…e po prostu są, wcześniej był jakiś Leszek Bubel i jeszcze ktoś i jeszcze. Szokiem jest, że społeczeństwo jednak daje jakiś taki rodzaj przyzwolenia na to gówno, jakie Międlar i jemu podobni rozsiewają. W społeczeństwie jest miejsce dla takiego rodzaju odpadka, który będzie funkcjonował, wcale nie na marginesie. Zmiana, która nastąpiła wyzwoliła całą armię mainstreamowych wyznawców i to nie są kolesie ze swastyką wytatuowaną na karku. Choć takich też się widuje na Nadodrzu czy w „trójkącie”, wygolonych na łyso kolesi ze swastyką. I okej, jakby to rozumiem, to jestem w stanie nawet w jakiś sposób ogarnąć, bo jest oldskulowe, jak za moich czasów. Ale wydaje mi się, że jeżeli pod te poglądy bez żenady podpinają się tak zwani „normalsi”, to już masakra.  I wiesz, nawet nie jest to problem by wejść na ich profil na facebooku i zobaczyć, jak się nazywają, że mają domy i dzieci i normalną pracę. I oni uważają, że to jest w porządku, że to jest okej, że wolno lżyć na przykład obcokrajowców i gejów i że myślą, chu.a mi zrobicie.

Wróćmy jeszcze do filmu, do jednej z ostatnich scen. Chciałeś by, nazwijmy to „poranny bieg po lesie” był sekwencją otwartą? Zostawiłeś widza bez wiedzy, co się wydarzyło z jedną z bohaterek.

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Mieliśmy taki pomysł, żeby to dopowiedzieć, ale w sumie szukaliśmy, co z tym zrobić czy bardziej otworzyć czy zamknąć. W końcu poszliśmy na kompromis i w filmie jest sugestia, co tam się wydarzyło, co stało się w lesie, ale tego nie widać. I myślę, że byłoby gorzej dla tego filmu, gdyby na naszych oczach odbył się… no właśnie… Chodzi o to, co z tego wynika, że życie drugiego człowieka przestaje mieć sens, nie liczy się, jest niczym, gównem, zerem. I to jest bardzo często spotykane w tej chwili w Polsce. Jeśli przyjrzeć się tej nienawiści do obcych, która jest powszechna i nakręcana przez propagandę państwowo-rządową, to mnóstwo ludzi zaczyna w to wierzyć. Niestety.

Zrealizowałeś ten film za własne pieniądze. Dlaczego? Nikt nie chciał ci pomóc? Nie szukałeś sposobu na znalezienie funduszy?

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Nie, no daj spokój, w Polsce? To jest absolutnie niemożliwe. Myśmy gdzieś tam jakiś apel puścili, ale strasznie dużo się zmieniło w polskim kinie w ciągu ostatnich kilku lat i dużo takich kanałów, dzięki którym można było pozyskać kasę na takie projekty pozamykało się na maksa. W tej chwili jest przesrane.

A pukałeś do PISF-u?

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Wiesz co, nie pukałem do PISF-u, ale wcześniej przez rok próbowałam zdobyć od nich kasę na inny scenariusz, dużo bardziej łagodny, wręcz „lajtowy” i ktoś mnie odstrzelił. Być może w jakiejś równoległej rzeczywistości „Knives out” by przeszło, ale nie chciałam teraz tracić na to czasu, bo byłoby pół roku z głowy.

Zajmujesz się dystrybucją też właściwie za własne pieniądze.

PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Mam wspólnika, z którym to robimy. Dystrybucja też się bardzo zmieniła. Jest inaczej niż kilkanaście lat temu. Próbujemy znaleźć na to jakiś dobry pomysł. Póki co, pokazujemy ten film przedpremierowo na projekcji z moim udziałem. Mamy w tej chwili około trzydziestu zaprogramowanych, zobaczymy jak dalej będzie szło. Chcieliśmy początkowo ten film wpuścić tak klasycznie, kilkadziesiąt kopii naraz, ale okazało się, że to niemożliwe, bo część kin po prostu nie chce go pokazać. Jedziemy więc tak, jak z trasą koncertową. Mam wrażenie, że z każdą projekcją jest coraz lepiej, ustawiamy tych projekcji, ile wlezie i mamy odzew i efekt kuli śniegowej. Pojawiły się nowe kanały dystrybucji. Kiedyś było to tylko kino i koniec, w tej chwili doszły telewizje cyfrowe, platformy, streaming. Jestem bardzo ciekawy, jak to dalej pójdzie. Najprawdopodobniej puścimy film na platformy, takie jak Netflix i będziemy tak zarabiać. Mam ten luz, na szczęście, że w tej chwili jest teatr i mogę się bawić w taką dystrybucję i patrzeć, jak to działa.