- REKLAMA -

Latem 1976 roku postanowiono: w radzieckim programie Interkosmos wezmą udział przedstawiciele innych państw bloku socjalistycznego. Rosjanie brali pod uwagę kandydaturę NRD i Czechosłowacji. Tylko interwencja rządu Rzeczpospolitej Ludowej sprawiła, że ostatecznie zdecydowano się na kosmonautę z Polski, którym okazał się Mirosław Hermaszewski. Droga w kosmos nie była jednak usłana różami. Na Polaka czekało wiele przeciwności. 

Na początku mogłoby się zdawać, że nikt nie postawi na Hermaszewskiego. Chudy, wyśmiewany przez wojskowe komisje, ale niezwykle ambitny. Wyrzeczenia i upór opłaciły się, bowiem pierwszy (i jak dotąd jedyny) Polak wyruszył w kosmos 40 lat temu, 27 czerwca 1978 roku, stając się narodowym symbolem podboju kosmosu.

Per aspera ad astra

Niewielu wie, że życie Mirosława Hermaszewskiego mogło zakończyć się znacznie wcześniej. Urodzony w Lipnikach na Wołyniu, już jako dziecko mógł zginąć z rąk Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) w marcu 1943 roku. Został cudem ocalony przez matkę, ale pozostali członkowie jego rodziny nie mieli tyle szczęścia. Na skutek ludobójstwa zginęło aż 19 krewnych Mirosława Hermaszewskiego, w tym jego ojciec. Reszta rodziny została po wojnie wysiedlona i w 1945 roku trafiła na Dolny Śląsk, do Wołowa niedaleko Wrocławia.

Od wczesnych lat przyszłego kosmonautę fascynowało lotnictwo.

Każdy młody człowiek marzy o czymś. Ja od zawsze marzyłem o samolotach. Już w wieku kilku lat potrafiłem po dźwięku silnika rozpoznać typ samolotu – przyznał Mirosław Hermaszewski w wywiadzie dla magazynu „Viva”.

W wieku 19 lat udało mu się dołączyć do lokalnego aeroklubu. Pierwszy lot odbył 11 lipca 1960 roku, startując z lotniska w Oleśnicy. Było jednak wiadome, że miłość do chmur nie pozwoli na poprzestanie wyłącznie na tym. Na drodze ambitnemu młodzieńcowi stanęła komisja wojskowa. Mógł w ogóle nie zostać pilotem. Kiedy przed członkami komisji wyznał, że chce iść do szkoły lotniczej, zebrani wybuchnęli śmiechem. Możemy sobie tylko wyobrazić jaki wstyd mógł czuć Mirosław Hermaszewski, stojąc nagi przed ludźmi, którzy wyszydzali jego mizerną posturę (miał aż 12 kg niedowagi). Na wychodne dostał pieczątkę z wpisaną kategorią C z ograniczeniem.

Głową muru nie przebijesz, ale próbować warto! Hermaszewski nie zrezygnował ze swoich ambicji i pojechał do Szkoły Orląt w Dęblinie. Na miejscu przyznał (skłamał), że zapomniał książeczki wojskowej. Szczęście uśmiechnęło się tym razem do niego i nikt nie zamierzał sprawdzać dokumentów. Po zdaniu wszystkich egzaminów i zaliczeń sprawnościowych ze świetnymi rezultatami, został przyjęty do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych.

Wysoko, jeszcze wyżej!

Szkoła lotnicza znacznie zwiększyła możliwości i pozwoliła na rozwijanie pasji Hermaszewskiego. Od 1961 roku miał on okazję usiąść za sterami szkoleniowego TS-8 Biesa, a wkrótce potem uzyskać licencje do pilotażu odrzutowego MiGa-15. Szkołę ukończył 3 lata później ze stopniem podporucznika. Na tym jednak nie poprzestał. W 1966 roku w Poznaniu uzyskał uprawnienia pilota 1 klasy i mógł wreszcie nacieszyć się ponadźwiękowym MiGiem-21.

Był rok 1976, kiedy do Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie zwołano 72 pilotów samolotów naddźwiękowych. Wśród nich był oczywiście Mirosław Hermaszewski, już 35-letni doświadczony pilot w stopniu majora. Wszystkich zebranych poinformowano o tym, że badania i testy, jakie będą na nich przeprowadzane, potrwają kilka tygodni. Żaden z lotników nie wiedział, co będzie czekać na końcu.

Lekarze z Instytutu dostali odgórne wytyczne. W myśl postanowień polsko-radzieckich mieli wybrać najlepszych z najlepszych. Tylko ci z ogromną odpornością na stres oraz wysoką tolerancją na przyspieszenia i przeciążenia mogli przejść dalej. To przecież pośród nich miał zostać wytypowany przyszły polski kosmonauta. Po 3 tygodniach badań zostało 16 kandydatów. Skończywszy etap w Warszawie, przyszła kolej na ośrodek szkoleniowo-kondycyjny w Mrągowie i Zakopanem. Oprócz ćwiczeń i badań oficerowie rozwiązywali testy psychologiczne. Z 16 wytypowano kolejną dziesiątkę oficerów, którym powiedziano wreszcie, po co zostali powołani. Najlepszy miał polecieć w kosmos. Do Gwiezdnego Miasteczka w ZSRR trafili Zenon Jankowski i Mirosław Hermaszewski. Jak wiemy z historii, ten drugi dostąpił zaszczytu dosięgnięcia gwiazd.

Bliżej Boga

27 czerwca 1978 roku po pożegnaniu rejestrowanym na kamerach Piotr Klimuk z ZSRR (narodowości białoruskiej) i Polak Mirosław Hermaszewski zajęli miejsce w kabinie Sojuza 30. Kosmonautom nie pozwolono wziąć ze sobą więcej, niż niż 0,8 kg bagażu na osobę. Hermaszewski zabrał ze sobą zdjęcia bliskich, pocztówki dźwiękowe z Mazurkiem Dąbrowskiego, miniaturowe wydanie „Pana Tadeusza”, które po latach sprezentował Janowi Pawłowi II. Nie zapomniał także o prezencie od córki – dwóch laleczkach łowickich, które, jak wspomina w swoich wywiadach, gdy rakieta wypluła z siebie ogień i sojuz wystartował, trzęsły się przed jego twarzą.

Już 28 czerwca, dzień po starcie, załoga połączyła się z naukową stacją orbitalną Salut 6, gdzie wykonano program badawczy. Lot trwał 8 dni, w czasie których dokonano 126 okrążeń dookoła Ziemi oraz przeprowadzono 14 eksperymentów. Poza oczywistym wkładem w rozwój nauki, każda wyprawa kosmiczna to niezwykłe przeżycie, niespotykanie z niczym innym w życiu zwykłego człowieka.

Każdy na skutek przeżyć, jakich tam doznaje, wraca z kosmosu jako humanista. Głęboki humanista. Ja powiem coś jeszcze. Nie znam nikogo, kto był wierzący i wrócił stamtąd ateistą, ale znam takich, co polecieli w kosmos jako niewierzący, a wrócili z wiarą. Mam tu na myśli głównie kolegów ze Wschodu. Właściwie 95 procent radzieckich kosmonautów nawróciło się – opowiadał w rozmowie z Zbigniewem Grójeckim polski kosmonauta.

Lot w kosmos rodzi w głowie człowieka pytania bez odpowiedzi. Możemy sobie wyobrażać jak wygląda czyste, rozgwieżdżone niebo, nie zanieczyszczone naszą atmosferą. Niebo, na którym widać lepiej cud jakim jest Wszechświat.

Podobnym widokiem, co astronauci na pokładzie ISS mógł cieszyć się 40 lat temu Mirosław Hermaszewski.

Kosmonauci rozpoczęli manewr powrotu na Ziemię 4 lipca. W module lądującym odłączyli się od Saluta-6 i za pomocą własnych silników ustawili na właściwy kurs. Dzień później lądownik wszedł w atmosferę z prędkością 8 km/s i po wyhamowaniu dotknął powierzchni Ziemi. Misja została wykonana.

Generał Mirosław Hermaszewski jest pierwszym (i jak dotąd jedynym) Polakiem, który był w kosmosie. To właśnie 40 lat temu patrzył na Ziemię z pokładu Sojuza 30.http://www.dzielnicewroclawia.pl/przez-trudy-do-gwiazd-lot-pierwszego-polaka-w-kosmos/

Gepostet von DzielniceWroclawia.pl am Donnerstag, 28. Juni 2018


Autor: Wojciech Kosek
Zdjęcia: wikipedia commons