Przeżyjmy to jeszcze raz: Euro 2016 naszym okiem

Euro 2016 już za nami, piłkarze od jakiegoś czasu dzielą się na Instagramie swoimi egzotycznymi urlopami, a wszędzie wokół wciąż słychać echo mistrzostw. Minęło raptem kilka dni, a turniej nadal mocno tli się w umysłach wielu kibiców. Żeby zbyt szybko nie zagasł, dobrze wrócić pamięcią do tego najkrótszego miesiąca w życiu. Komuś dalej przeszkadza, że turniej rozbudowano do 24 zespołów? Cytując klasyka, dlaczego nie Barcelona 32?!

Ale po kolei.

Gościnni Francuzi

Typowani na jednego z kandydatów na mistrza Europy, podopieczni Didiera Deschampsa mocno rozczarowali już w meczu otwarcia. Skazywani na pożarcie Rumuni dzielnie stawiali czoła pretendentowi i mała sensacja wisiała w powietrzu do samego końca. Wtedy to Januszom na całym świecie objawił się Dimitri Payet ze swoją świetnie ułożoną prawą stopą, którą wprawiał w zachwyt kibiców West Hamu przez cały sezon poprzedzający francuskie ukoronowanie.

Tricolores jako gospodarze turnieju postanowili pomęczyć swoich fanów aż do ćwierćfinałów. Wyszarpana wygrana z Albanią po golach w 90. i 96 minucie, bezbramkowy remis ze Szwajcarią i w 1/8 blisko godzina gry goniąc wynik w starciu z Irlandią. Czy ktoś wtedy przypuszczał, że Le Bleus będą w stanie przejść półfinał, w którym mogli trafić na Włochów/Niemców/Hiszpanów?

Szczęśliwie przebudzenie przyszło w 1/4. Dla jednych radość, dla innych smutek. Szczególnie żal przeciwników – Islandczyków, pokonanych aż 5:2 (nie jest to wynik z karnych). Później nastał czas na die Mannschaft. Mistrzów Świata. Francuzi w tym spotkaniu wcale nie byli lepsi, o czym mogłby świadczyć choćby końcowy wynik. To piłkarze Joachima Löwa od początku kontrolowali grę, jednak jak się okazało, samo kontrola okazała się jałowa. Brakowało kropki nad i. Chwilę dekoncentracji przeciwników wykorzystał Antoine Griezmann. Najpierw w 47. minucie nie popisał się Bastian Schweinsteiger zagrywając ręką we własnym polu karnym (i sędzia wskazał na „jedenastkę”), a potem w 72. minucie błąd popełnił Manuel Neuer i Mały Książę wpakował piłkę do siatki po raz drugi.

griezmann

Portugalskie złote(?) pokolenie

Trzy remisy w fazie grupowej, trzy remisy w fazie pucharowej w pierwszych 90 minutach i tylko jedna wygrana w regulaminowym czasie gry. Panie i Panowie, przedstawiam mistrzów Europy AD 2016.

Drużyna grająca bez środkowego napastnika, której motorem napędowym w zdecydowanej większości akcji był Cristiano Ronaldo, od samego początku turnieju wyraźnie zawodziła. Remisy z Islandią, Austrią i Węgrami nie wyglądały poważnie, szczególnie że dopiero ten ostatni, 3:3, dał upragniony awans z grupy. Na trzecim miejscu. Czy Portugalia w dalszej fazie nabrała rozpędu? A skąd! Ogromne szczęście w dogrywce z Chorwacją w 1/8, rzuty karne w 1/4 z Polską i dopiero w miarę pewne 2:0 z wykartkowaną Walią. Finał? Dominacja Francuzów. Kontuzja Ronaldo w pierwszej połowie. Wszędobylskie ćmy. Strzał życia w kadrze Edera.

Czy Portugalia zasłużyła na tytuł? Miała najłatwiejszą drabinkę pucharową z historii a i tak na turnieju zostawiła po sobie gorsze wrażenie niż Grecja w 2004 roku. Nie była to drużyna pokolenia Rui Costy, Paulety, Nuno Gomesa, Figo czy Deco. Była to ekipa, której większość piłkarzy wciąż bawi w rodzimej lidze. Żadne wielkie gwiazdy. Utalentowani, jak to Portugalczycy, ale nic więcej. Mieli jednak kogoś, kto swoją determinacją, chęcią i uporem dał radę, nawet nie doprowadzić, ale wrzucić ich do finału. Mimo iż sam niewiele mógł w nim pomóc na boisku. Cristiano Ronaldo zostawił po sobie piorunujące wrażenie. Zrobił to, czego nie dokonał wcześniej nikt inny. Jako kapitan zdobył z Portugalią złoto. Coś, czego jego największy rywal może z reprezentacją Argentyny już nigdy nie osiągnąć.

Czy poza Ronaldo Portugalia dała kibicom coś jeszcze? Otóż tak. Na turnieju cała Europa zobaczyła to, co widzieli od jakiegoś czasu skauci Bayernu. 18-letni (jeszcze) Renato Sanches był chyba najbardziej imponującym piłkarzem Seleção das Quinas podczas tego turnieju i mało kogo już chyba dziwi, że niemiecki hegemon wydał na nastolatka po jednym roku gry na najwyższym poziomie w Benfice aż 35 milionów euro. Potencjał ogromny.

No właśnie – mało kogo. Nie wszystkim jednak młodzian przypadł do gustu. Stulatek, który wyskoczył przez okno, Guy Roux, legendarny trener AJ Auxerre, musiał przez ponad 40 lat pracy we francuskim klubie naoglądać się sporej liczby zawodników z przebitymi blachami, bo od samego początku uporczywie twierdził, że Sanches może i dobry, ale ma co najmniej 24 lata na karku. Na co komu dowody? Wariaci, wariaci wszędzie.

 

Dobry ziomek Wiking

Zanim Francja spotkała się w finale z Portugalią, musiała przejść ćwierćfinał. To podczas tego meczu naród i sami piłkarze uwierzyli, że chyba jednak mogą na tej imprezie namieszać. Potrzebowali do tego kozła ofiarnego i taki się trafił. No właśnie, drużyną, która odpadła z Francją w ćwierćfinale, była Islandia. Ta sama Islandia, która przebojem przeszła fazę grupową, w 1/8 odprawiając do domu Anglię.

Dzielnych potomków Wikingów pokochali na całym świecie i zdecydowanie nie jest to nadużycie. W kraju, który mieści się na wyspie o powierzchni 103 125 km², o liczbie ludności połowy mieszkańców Wrocławia, zbudowali drużynę potrafiącą porwać serca. Islandczycy, którzy podczas meczów swojej kadry zasiadali przed telewizorami i nabijali narodową oglądalność na poziomie 99%, witali swoich piłkarzy jak prawdziwych bohaterów.

 

Zaskoczenia i zawody

Zacznijmy od rozczarowań fazy grupowej. Przy formule w jakiej odbywało się to Euro, naprawdę trzeba było się bardzo mocno nagimnastykować, by nie pojawić się w którejś z par 1/8. Udało się to kilku drużynom, co do których oczekiwania były znacznie większe.

Kto zawiódł? Bez wątpienia Rosjanie. Ekipie ze wschodu udało się zdobyć tylko jeden punkt. Sbornaja nie podołała ani Słowacji, ani Walii. Remis w pierwszym meczu z Anglią mógł sprawić mylne wrażenie, że czegoś po tej ekipie można się spodziewać, jednak patrząc szerzej, z perspektywy tego kto odpalił w fazie pucharowej Anglików, już nie do końca.

Impreza bez Zlatana to nie impreza? A jednak! Szwedzi co prawda trafili do bardzo wymagającej grupy, musieli rywalizować z Belgami i Włochami, jednak to jak zaprezentowali się podczas starć w pierwszej fazie turnieju nie przyniosło im zbyt wiele chwały. Bo jak mogło, gdy w walce o trzecie miejsce dali wyprzedzić się… Irlandczykom? Posiadanie w drużynie jednego z najlepszych środkowych napastników świata nie świadczy jak widać o niczym. A może Szwedzi poradziliby sobie lepiej bez Zlatana? Islandczycy pokazali, że bez gwiazdy się da.

Według statystyk najgorszą drużyną Euro została Ukraina. Zero punktów, zero strzelonych i pięć straconych bramek. Mieli walczyć z Polską o drugie miejsce w grupie, a wrócili do kraju rozjechani przez walec. No właśnie, czy naprawdę tak było? Statystyka statystyką, jednak to co Ukraińcy pokazywali w meczu z Niemcami i Polakami w ataku nie oddawało tego, co kreśli tabela. Goli żadnych nie zdobyli, jednakże wrażenia po sobie zostawili o niebo lepsze od Rosjan.

A kto na plus? Poza opisanymi wcześniej Islandczykami, bez wątpienia reprezentanci Walii. Ekipa będąca w wyraźnym cieniu Anglików wreszcie wróciła na piłkarską mapę Europy i dorobiła się liderów z prawdziwego zdarzenia. Gareth Bale pokazał, że dla kadry jest nieoceniony, a kibice do dziś zastanawiają się, co by się stało, gdyby w meczu z Portugalią za karki nie musiał pauzować Aaron Ramsey.

Spore zaskoczenie sprawili także Włosi. Reprezentacja, której fani patrząc na powołania przed turniejem z nostalgią wspominali generację Del Piero, Tottiego i Pirlo, przecierali oczy ze zdumienia, gdy ich piłkarze zdemolowali kreowanych na jednego z kandydatów na mistrza Belgów w swoim pierwszym meczu turnieju. Nie inaczej było w 1/8, kiedy to na drodze podopiecznych Antonio Conte stanęli Hiszpanie. Włosi przypomnieli wszystkim, że bez względu na to kto biega w ich koszulkach podczas wielkich turniejów, zawsze są groźni. Do tego trzeba pamiętać, że w linii pomocy Squadra Azzurri zabrakło kontuzjowanych Verattiego, Montolivo i Marchisio, a Graziano Pelle i Eder do grona najwybitniejszych napastników nigdy nie należeli.

 

Polska 2.0

No i wreszcie. Będzie o NICH. Nasza reprezentacja już po eliminacjach wydawała się drużyną niesamowicie przeobrażoną. Silną, czyli taką, której pewne pokolenia nigdy nie znały. Mistrzostwa pokazały, że to była jedynie faza. To jak kadra była odbierana po eliminacjach, zaraz przed Euro a w czasie i po turnieju, to całkowicie różne światy. Tutaj nawet nie trzeba odwoływać się do patosu, wystarczy na chwilę wrócić pamięcią do tego, co wydarzyło się dla nas między 12 a 30 czerwca.

Pierwszy mecz? Imponujące prowadzenie gry przez Polaków. Tak, wiem, graliśmy z Irlandią Północną, ale „still”. Przyjemnie było oglądać, że to my dla kogoś jesteśmy Hiszpanią. Nie w eliminacjach, w turnieju głównym! Po meczu wiadomo, szał na Bartosza Kapustkę, obrońcy jeszcze nie mieli czym się wykazać. Zaczął za to Arkadiusz Milik.

Drugi mecz? Wytrąciliśmy Niemcom ich wszystkie atuty. Zepchnęliśmy ich tam, gdzie byli najmniej groźni. Daliśmy im prowadzić grę, z której kompletnie nic nie wynikało, pozwoliło tylko i aż zbudować olbrzymią pewność siebie naszego bloku defensywnego, a my próbowaliśmy swoich szans z przodu. A byliśmy tam tego dnia groźniejsi niż Niemcy. 0:0 po 90 minutach. My czujemy niedosyt, Joachim Löw przesyt. Czym? Cóż, tu w polemikę lepiej nie wchodzić.

Trzeci mecz to show w obronie „Jędzy” i powrót na piedestał Kuby Błaszczykowskiego. Jak na spotkanie, które w układzie tabeli praktycznie nie miało żadnego znaczenia, dało tej kadrze sporą wartość dodatnią.

Za sprawą Arka Milika w meczu ze Szwajcarią 3/4 krajanów straciło większość owłosienia, a najczęściej powtarzanym słowem było to, które ma u nas najwięcej znaczeń. Na szczęście napastnik Ajaxu w najważniejszym momencie zrobił to, co powinien, czyli przepuścił piłkę do kogoś innego. A że tym innym był Kuba, skończyć mogło się tylko w jeden sposób. Z kolei jeśli tracić bramki, to tylko takie jak te po strzale życia Shaqiriego. Swoją drogą innych Łukasz Fabiański i tak by nie wpuścił. Udowodnił, nie i już.

Portugalia? Szybki gong Lewandowskiego, oddanie pola przeciwnikom i szukanie szans w kontratakach. Swoje okazje mieliśmy, jednak jak przez cały turniej, mocno brakowało nam skuteczności. Wyrównanie dał Renato Sanches i jeśli ktoś miał strzelić nam bramkę, dobrze że to był on. I szkoda, że rykoszetem od Grzegorza Krychowiaka, bo inaczej kto wie, kto wie… Przegraliśmy z przyszłym mistrzem Europy w rzutach karnych. Na całe szczęście nie trafił akurat Błaszczykowski.

Niebagatelną rolę w odbiorze tej reprezentacji miał kanał ŁączyNasPiłka. Dzień w dzień, od początku zgrupowania aż po przylot do Warszawy. Dzięki niemu zdecydowana większość pokazywanych codziennie Biało-Czerwonych stała się dla Janusza, Stacha i Zdzicha kumplami. A co tam, nawet dla Mariolki, Baśki i Krystyny. Nieprawdopodobna to siła.

Panowie, chcemy więcej, naród chce więcej. Wrzesień już tuż tuż… a licząc od 12 lipca to już tylko 702 dni do mistrzostw świata w Rosji. W oczekiwaniu polecamy poniższy materiał.

Autor | Radosław Sikora

– Zdjęcie | flickr.com/Malmont2012