„Pitbull. Ostatni pies” już w kinach. Na ekranie zobaczymy m.in. Dodę, Marcina Dorocińskiego, Rafała Mohra czy Adama Woronowicza. Będzie się działo? Sprawdźcie!

Nowy, stary „Pitbull” powrócił do kin. Dlaczego stary? Bo zobaczymy dawnych bohaterów, odświeżymy sobie pamięć. Nowy? Świeże akcenty, nowy reżyser – Władysław Pasikowski, ale czy nowy oznacza lepszy?

Film rozpoczyna mocna scena negocjacji z rosyjskimi handlarzami broni. Takich scen nie brakuje, akcja toczy się szybko, dużo zwrotów akcji. Całość jest jakby podzielona na dwie części. Pierwsza to opowieść o starych kolegach po fachu: walczący z nałogiem Metyl (Krzysztof Stroiński), doświadczony służbą Despero (Marcin Dorociński) i przeszkolony przez FBI Nielat, od teraz Quantico (Rafał Mohr). Znów się spotykają, wypiją razem wódkę, ponarzekają na robotę i będą starać się rozwiązać sprawę zabójstwa Stoczka (były partner Majamiego). Według mnie jest to najlepsze połączenie jakie mogło być, sprawdziło się to po raz pierwszy i sprawdza się również teraz. Aktorzy pokazują czym jest prawdziwe aktorstwo oraz jak stworzyć prawdziwie męskie, sensacyjne kino. Panowie są najmocniejszą stroną tego filmu.

Druga część to historia Miry (Dorota „Doda” Rabczewska), która pracuje w kawiarni, mieszka z babcią i pewnego dnia zakochuje się w niej gangster Gawron (Cezary Pazura), a ona niczym kopciuszek zamienia fartuch na piękną suknię. Prawdziwe love story, jednak trochę zbyt naciągane i przesadzone. Doda jest po prostu Dodą – bezczelna, twarda, rzuca przekleństwami, jest naturalna w tej roli, ale nie ma to zbyt wiele wspólnego z aktorstwem. Miała być asem w rękawie, a jest raczej ciekawym dodatkiem. W wielu scenach ratuje ją Adam Woronowicz (w roli Juniora), który również był genialny w tym filmie, jednak uważam, że niekoniecznie pasował w duecie z Pazurą. Sam sprawdził się doskonale. Jak mówią, cicha woda brzegi rwie…

Wątków było dużo i cały czas się namnażało. Widz mógł się pogubić – z jednej strony śmierć Stoczka, z drugiej wojna Pruszków Wołomin, a jeszcze z trzeciej afera bankowa. Film się nie dłużył, akcja była wartka, tempo odpowiednie, dobry montaż, ale wątki się mieszały i nakładały na siebie, tak, że nie można było się skupić, a to jest jednak ważne w kinie sensacyjnym, aby cały czas być czujnym.

Dużym plusem dla tego obrazu było wyważenie. To już nie było rzucanie mięsem w stylu Vegi. Oczywiście było kilka mocniejszych scen, bo musiały się one znaleźć, jednak były one trafione w punkt. Widz nie powinien wyjść zniesmaczony, lecz bardziej pobudzony tym co zobaczył. Oprócz akcji nie zabrakło również humoru. I tego, według mnie, było trochę za dużo. Śmieszne wstawki zawsze rozluźniają i wzbudzają sympatię u widza, jednak nie zawsze to pasuje, a w tym wypadku wiało nawet trochę tandetą. Czarny humor jak najbardziej, ale głupkowate żarty, byleby tylko się pośmiać, to już niekoniecznie.

Na pewno Pasikowski po raz kolejny udowodnił, że potrafi robić kino sensacyjne. Fani „Pitbulla” się nie zawiodą, a nawet trochę odpoczną po filmach Vegi. Największym plusem tego obrazu na pewno był powrót Dorocińskiego, Stroińskiego i Mohra. Będąc w kinie mamy wrażenie, że to znów stary, dobry „Pitbull”. Warto powrócić do starych czasów i z ciekawością przyjrzeć się nowym akcentom. Ostatni pies może się okazać pierwszym.


Autor: Adrianna Machalica

  • Film obejrzałam dzięki uprzejmości Multikina.