PWST: „Ryszard III”, czyli dyplom pełen sprzeczności

Spektakl dyplomowy studentów IV roku wrocławskiej PWST bez wątpienia zaskakuje. Choć są to zaledwie fragmenty z szekspirowskiego „Ryszarda III”, to wybrane w taki sposób, aby młodzi aktorzy mogli pokazać swoje możliwości. Reżyser Paweł Łysak dał im po prostu pograć.

ryszardIII

W spektaklu wykorzystano techniki audiowizualne, dzięki którym widzimy, co się dzieje za scenę. Całość ze sobą współgra i tworzy w wielu miejscach pasjonującą opowieść o żądzach, władzy i zepsuciu.

Przy pierwszy odbiorze wygląda to trochę tak, że grupa przyjaciół chciała zrozumieć pobudki Ryszarda III. Dlaczego postępował w taki, a nie inny sposób. I sami po kolei wcielali się w rolę władcy… albo osób chcących mu się przypodobać.  Zawsze kończyło się tak samo. Ktoś kto już dostał władzę próbował ją dzierżyć za wszelką cenę. Dążyć do celu po trupach. Nawet jeśli trzeba było zaciskać pięści na gardłach niewinnych piskląt.

Na myśl przychodzi doświadczenie, które w USA przeprowadzono w więzieniu. Jedni studenci zostali strażnikami, a inni osadzonymi. W pewnym momencie gra zaczyna na nich wpływać. Mając władzę stają się oprawcami. Takie też można było mieć odczucie na tej sztuce. Studenci wchodzili w swoje role bardzo mocno. Można było odnieść wrażenie, że momentami zapominali wręcz o zasadach, o moralności, czy przyjaźni. Oczywiście nie ustrzeżono się dziur. Były momenty, gdy gra się po prostu nie kleiła. Choć te zabiegi zdawały się być celowe, aby coś uwypuklić, to jednak powodowały, że widz na chwilę odrywał się myślami, od tego co się działo na scenie. Tak jak przy gotowaniu zupy często wrzucamy do garnka wszystko co jest pod ręką i ostatecznie wychodzi nam nie taki smak, jak byśmy chcieli.

Wykorzystanie techniki audiowizualnej bardzo uwspółcześnia, a jednocześnie zachowana jest scena pudełkowa, która w tym wypadku została wręcz wyeksponowana. Co ważne w sztuce wykorzystano niewiele rekwizytów. A jak już są czasami odnosi się wręcz wrażenie, że jest ich za dużo. A może nie ich, ale na pewno czegoś. Sztuka, która sprawia wrażenie połączonych etiud jednocześnie co rusz wciąga na nowo. Mamy świetne pogo przy „Firestarter”, taniec irlandzki z przyklepywaniem i śpiewem a’capella i swingujących panów w białych koszulkach z papierosem w ustach, albo paniach śpiewający w halkach. Porywa… ale sprawia momentami wrażenie przesytu. Świetnie się można bawić grą aktorów. Podziwiać ich talent, ale w tle, z tyłu głowy pozostaje to, co mówiła Szymborska: „Jaka jest najważniejsza rzecz, jaką pisarz ma w swojej pracowni? Kosz na śmieci. Żeby w wierszu nie było czegoś za dużo.” W „Ryszardzie III” niestety było. Zobaczyliśmy jednak, że w tych młodych aktorach jest moc.

Po „Ryszardzie III” pozostaje nam jednak w głowach morał:      W każdej grupie zawsze są mniej lub bardziej wyraźne hierarchie. Walczyć należy nie z wrogiem, a ze swoimi, a wygrywa ten, kto nie boi się przekraczać reguł.

My też postanowiliśmy się tego nie bać. Postanowiliśmy przespać się z naszymi myślami, dyskutować o tym, jak odebraliśmy sztukę i o tym co w nas po tej premierze pozostało. W „Ryszardzie III” każdy może znaleźć coś dla siebie. Ba! Może nawet siebie zobaczyć wśród postaci. Na pewno odnajdzie na niej wielkie emocje, włosy jeżące się na rękach podczas oglądania… i aktorów, którzy dali odczuć, że na pewno jeszcze o niech usłyszymy. Może nawet w nowym sezonie zobaczymy ich we Wrocławskim Teatrze Współczesnym? Dlaczego nie. Marek Fiedor bacznie im się przyglądał. My też dalej zamierzamy się przyglądać Waldemarowi Krawczykowi, Karolowi Kadłubcowi, Tomaszowi Piotrowskiemu, Michałowi Lachecie i innym. Zanim to jednak nastąpi w styczniu wybierzemy się ponownie na scenę PWST przy ul. Braniborskiej, aby jeszcze raz móc przeżyć „Ryszarda III”. Pewnie nasz odbiór po ponownym spotkaniu będzie już inny.

Autorzy | Sabina Misakiewicz i Daniel E. Groszewski