Quebonafide – Egzotyka [RECENZJA]

Egzotyka to album, którego słucham już od czerwca nie mogąc zabrać się za jego recenzję. Jest to krążek tak różny, tak nietypowo nagrany, że ciężko było mi jasno go ocenić. Czas jednak postawić sprawę jasno: jest to solidny, ambitny long play.

Egzotyka powstawała znacznie dłużej niż ta recenzja. Pierwszy utwór – Oh my Buddha pojawił się na Youtube’owym kanale wytwórni rapera 18 listopada 2015 roku, ostatni, czyli Odyseusz udostępniono na tej samej platformie 6 czerwca 2017 roku, na trzy dni przed premierą. Kto nagrywa jeden krążek prawie dwa lata, na bieżąco udostępniając wszystkie kawałki jakie się na nim znajdą do darmowego odsłuchu? Quebonafide. Zasadnicze pytanie brzmi: jaki jest ten album? Określę to w maksymalnie oczywisty sposób – jest egzotyczny.

Zamysł jaki towarzyszył nagrywaniu płyty to podróż po całym świecie, podczas której w każdym z odwiedzonych krajów Que nagra kawałek opowiadający o kulturze i realiach w nim panujących, jak również o ogólnych problemach społecznych, czy wreszcie o swoich, osobistych bolączkach. Cały krążek zachowuje przy tym pełną konsekwencję, jest pełnoprawnym zapisem podróży w nieznane, pełnej zachwytów, zdziwień czy nawet szoku.

Płytę otwiera wspomniane wcześniej Oh my Buddha, kawałek nagrany w Tajlandii. Idealnie oddający nastrój jaki towarzyszy w trakcie podróży u jej początku. Ekscytacja wymieszana z odrobiną niezrozumienia dla nowej, otaczającej rzeczywistości z dodatkiem szoku spowodowanego widokiem chociażby burdeli tak blisko sąsiadujących ze świątyniami.

Drugi kawałek to quebahombre, czyli utwór będący gorzką refleksją na temat realiów rządzących w Meksyku, zawierającą uniwersalną prawdę mówiącą, że prawdziwie wolnym jest ten, który posiada najmniej. W utworze czuć wyraźnie jak mieszane uczucia budzi w Que Meksyk, kraj jednocześnie pełen przestępców, biedy i wyzysku, jak również luźnego podejścia do życia czy tequili.


Dalej doświadczyć można tej właśnie wcześniej przeze mnie zapowiadanej różnorodności. Quebonafide funduje bowiem swoim słuchaczom bardzo soczysty banger, w którym nawijka skupia się wokół dorabiania się na rapie oraz bawienia się jak Szejk.

Kolejny utwór idealnie dopełnia wizji wyjazdu, który nie okazuje się być wakacjami pełnymi luzu, alkoholu i tańców. Bollywood nagrane we współpracy z Czesławem Mozilem to smutna kartka wysłana do słuchacza z Indii, która w refrenie jasno daje mu do zrozumienia:

Gdzie te uśmiechy jak z Bollywood?
I dlaczego tutaj nikt nie tańczy?
Jeżeli życie cię boli, cóż
Popatrz z góry w kolorowe Nike’i
Dookoła tyle świętych krów
A na ulicach ten los się pastwi
Witaj w krainie tysiąca bóstw
Gdzie znów dla kogoś boga nie wystarczy


Dalej Que rapuje w kawałku Luis Nazario De Lima o Rio de Janeiro pełnym dzieciaków grających w piłkę, jednocześnie odsłaniając swoją największą pasję jaką właśnie jest ten sport. Sam raper zanim zaczął nawijać marzył bowiem o karierze komentatora sportowego. Płyta prowadzi słuchacza przez kolejne kraje i krainy. Utwór Madagaskar wydaje się jasny co do lokacji, dalej jest Changa, nagrana w RPA wraz z tamtejszym raperem – Ifani. Kolejny to C’est la Vie, czyli Francja oraz utwór krytykujący współczesną modę oraz rzesze instagramowych blogerek modowych.

Kolejny utwór to najbardziej osobisty tekst na krążku. Ukazująca skomplikowaną przeszłość Que oraz wyrażająca zachwyt nad Islandią Zorza chodziła za mną najdłużej, nie opuszczając głowy, w której ciągle grała.


W kolejnym utworze Quebonafide wybiera się do Japonii i opisuje tamtejsze społeczeństwo i nie zostawia na nim suchej nitki, w idealny i prostolinijny sposób ukazując czemu w wysoko rozwiniętych krajach azjatyckich wskaźnik osób samotnych jest tak wysoki. Wszystko zaczyna się od genialnej pierwszej zwrotki:

Tutaj ludzie nie patrzą w ogóle
Nawet nie że dziwnie, nawet nie że z dystansem
Tak niewidzialny się nigdy nie czułem
Stoję i notuję a każdy pędzi jak Shinkansen
W swoje strony i w swoją jazdę
W swoim Sony i w swojej Mazdzie
Wczoraj oglądałem „Między Słowami”
Dziś sam się między tymi słowami znalazłem


Dalsza muzyczna podróż Que zanosi słuchacza do Maroka, a kawałek Arabska noc nagrany wraz z Solarem oraz Wac Toja niesie ze sobą historię wyprawy do kraju muzułmańskiego, który zaskakuje swoich gości. Dalej Que zatrzymuje się jeszcze w Stanach Zjednoczonych, w utworze To nie jest hip hop oraz zahacza o Australię w kawałku Bumerang. Każda podróż ma jednak swój koniec, a jak się okazuje ważną jej częścią jest sam powrót. I choć nawiązanie do greckiej mitologii w Odyseuszu jest już tak strasznie oklepane wśród polskich raperów, to Que jakoś nie wzbudził we mnie tego odczucia. Może wszystko za sprawą Euforii i całej reszty tekstów, w których chłopak pokazał, że jest niesamowicie oczytany i inteligentny.

Egzotyka to album, który poszerza horyzonty. Który w autentyczny sposób porusza ważne kwestie oraz rysuje realia panujące w innych częściach świata. Jest to krążek, który zostawia wiele w głowie słuchającego i powoduje, że wsiąka on w tematy zarysowane przez Quebonafide. Do dziś pamiętam, gdy katując quebahombre usłyszałem od znajomego, że jest szczerze zdziwiony tym, jak przeżywam problemy ludzi żyjących za oceanem i niech to będzie najlepsze potwierdzenie oceny jaką ta płyta dostaje, ponieważ nawet nie słuchając rapu po prostu warto Egzotyce dać szansę.


Autor: Patryk Rudnicki