Radosław Sikora: Buty ze słomy wytrzepane [FELIETON]

PR, marketing, zarządzanie. Trzy terminy, trzy kierunki studiów, po których bez problemu powinno móc się znaleźć pracę, szczególnie w klubach ekstraklasy. W bardzo niewielu ten segment funkcjonuje prawidłowo, jak jeszcze do niedawna – choćby w Śląsku Wrocław.

Parę kartek z kalendarza. Zacznijmy od zabawy w kotka i myszkę Zygmunta Solorza-Żaka z miastem i klubem, którego był większościowym właścicielem,  co doprowadziło byłego już mistrza Polski do fatalnej kondycji finansowej. Solorz nie dał rady zarobić na Śląsku, nie chciał pompować w niego pieniędzy, podtarł się więc herbem i nadziejami kibiców… i czmychnął. Ot biznesmen.

Stanislav Levy. Najemca socjalnego przybytku we Wrocławiu, miłośnik fioletowej ambrozji, który potrafił słaniać się na ławce trenerskiej, bo -wymownie- nic cały dzień nie pił. Najbarwniejsza postać ekstraklasy, o głowę bijąca samego -tak tak!- Franciszka Smudę! Sympatyczny Czech był całkowitym nieporozumieniem dla klubu, który chciał uchodzić za poważnie funkcjonujący. Był prawdziwą gratką dla dziennikarzy i kibiców, to bez wątpienia, ale funkcja maskotki była już od dawna przypisana komuś innemu. Nie ma jednak wątpliwości, że w tamtym okresie pasował do wrocławskiej drużyny idealnie.

Śląsk miał kłopoty także na innych płaszczyznach. Ktoś pamięta Piotra Ćwielonga, Marcina Kowalczyka i Tomasza Jodłowca? Podstawowi zawodnicy drużyny, można napisać, że wyróżniający się. Każdy z nich odszedł z klubu za frytki. Wszystko to za panowania Piotra Waśniewskiego. Mało? Sebino Plaku, ściągający z budżetu płacowego średnio 10 tys. euro miesięczne, a zesłany do akademii na treningi z juniorami. Jak tłumaczyli swoją decyzję w klubie? Marketingiem. Tak wyglądał wrocławski Klub Kokosa. Jasny przekaz dla potencjalnie nowych zawodników. Trzeba uważać, może być niepoważnie!

Nie sposób nie wspomnieć o Sebastianie Mili, który przez pewien czas tęsknił do porównań z Waldusiem Kiepskim. Bojka, ponton, koło zapasowe. Ponad 10 kilowa nadwaga rozgrywającego i -jeszcze wtedy- kapitana Śląska, była jego prawdziwym upadkiem. Sebastianowi się udało, z kolan pomógł mu wstać Tadeusz Pawłowski i teraz nazwisko MILA kojarzone jest w całym kraju tylko z jednym, bardzo ważnym, historycznym wydarzeniem. Z  11. października 2014 roku i bramką na dwa do zera.

O ile wcześniej wrocławska drużyna wyraźnie dołowała wizerunkowo, od jakiego czasu jest już zdecydowanie lepiej. W klubie w końcu wzięli się poważnie za swoją robotę, czego efektem liczne akcje propagujące Śląsk Wrocław. Nie bez powodu, na trybunach jest niezbyt imponująca frekwencja, szczególnie biorąc pod uwagę sukcesy WKS-u w ostatnich latach i możliwości pojemnościowe stadionu. Wszytko to prowadzi do niskich wpływów z biletów, a pieniądze w kasie są bardzo potrzebne.

Akcji marketingowych jest więc coraz więcej. Piłkarze wychodzą do ludzi, spotykają się z nimi w centrach handlowych, gdzie rozdają zaproszenia na spotkania, wręczają upominki najmłodszym i podpisują mnóstwo autografów. Potrafią nagrać spot reklamowy we współpracy ze szkołą teatralną i swoimi akcjami zapełniać raz po raz sektor rodzinny, co pokazuje, że ludzie w Polsce przestają się bać zabierać swoje pociechy na mecze piłkarskie.

W tym roku rusza kolejna inicjatywa skierowana do kibiców zielono-biało-czerwonych – „Bądź bliżej Śląska”, czyli ciąg cyklicznych spotkań z piłkarzami i sztabem drużyny. Jest coraz lepiej, ale przed Śląskiem jeszcze długa droga. Czas w końcu pomyśleć o klubowym muzeum przy stadionie i, przede wszystkim, sklepie z pamiątkami…

Autor | Radosław Sikora