Robert Skibniewski, nowo upieczony tatuś, pokazał w końcu na parkiecie to, czego wszyscy od niego wymagają. Udowodnił również, że Danny Gibson wcale nie jest dla zespołu taki niezastąpiony. A to pozwala patrzeć z nadzieją, co może wydarzyć się w kwietniu.

Stwierdzić, że Skiba jest na boisku tak chimeryczny, jak wyniki osiągane ostatnio przez WKS, to… jakby napisać wszystko. Raz lepiej, raz gorzej, czasem trochę dłużej lepiej, a potem znów jeszcze gorzej. Od września gra wojskowych wygląda jak wahania na giełdzie. Ale po ostatniej długiej bessie, czas najwyższy na wzrost notowań.

Skibniewski ma przed sobą dwa spotkania przed własną publicznością. Nie raz już pokazał, że potrafi być liderem i jednym z najistotniejszych zawodników drużyny. Niestety często zdarzało się również, że po parkiecie jedynie powiewała koszulka z numerem 6. Teraz Skibę nie hamuje już nic. Nie ma głównego konkurenta do składu, są za to spore nadzieje i wytworzone dodatkowe pokłady endorfin, za sprawą narodzin córeczki. Czas zdjąć ręczny.

***

Runda zasadnicza zbliża się do końca. Śląsk osiągnął w tym sezonie już całkiem sporo, nawet jeśli ostatecznie nie awansuje do czołowej ósemki. Wiadomo, każdy kibic chciałby, by jego drużyna zdobyła mistrzostwo, ale na wszystko przyjdzie czas. To dopiero pierwszy rok po powrocie. Z wciąż sporymi szansami na play-offy. Puchar Intermarche Basket Cup jest ogromnym sukcesem dla zespołu, tym bardziej, że w samym Wrocławiu nikt z miasta nie kwapi się, by wyciągnąć pomocną dłoń dla klubu. W takich warunkach osiągane rezultaty trzeba przyjmować z wielkim entuzjazmem.

Co do samego IMBC, fakt faktem, że Stelmet wyraźnie odpuścił sobie te rozgrywki, a grający na własnym terenie wrocławianie w finale trafili na zgorzelczan, na których w tym sezonie mają jakiś dziwny patent. Albo po prostu pecha mają koszykarze Turowa – to bycie ciągle drugim musi być szalenie frustrujące. Upust wieloletniej złości, po przegranej w finale IMBC ze Śląskiem, dał prowadzący PGE – Miodrag Rajković. Upokorzony trener nie wytrzymał ciśnienia na konferencji prasowej, a że Polak i Serb to najwidoczniej nie są dwa bratanki, niewiele brakowało, by doszło do szamotaniny z menedżerem gospodarzy. Wszystko rozeszło się wtedy po kościach, ale minęło kilka tygodni i sytuacja ma okazję się powtórzyć. Ci sami ludzie, ten sam teren, tylko rozgrywki pod inną banderą. A jeśli Śląsk znów pokaże przeciwnikowi plecy… Może być wesoło.

Autor | Radosław Sikora