Radosław Sikora: Nie ma takiego grania

Urlop wklepany, walizka spakowana, auto przygotowane, jedziemy na wieś świętować. Przystanek pierwszy, choć wieńczący powoli triduum – Wielka Sobota. Dla każdego fana piłki nożnej najważniejszy dzień podczas zbliżającej się laby.

Pobudka rano, choć nie tak do końca, trzeba w końcu kiedyś odespać trudy pracy. No to zacznijmy inaczej. Pobudka o niegrzesznej porze, tak w sam raz by zjeść wielkopostne śniadanie i udać się z ekwipunkiem na grupowe święcenia. Panie powoli, dostojnym krokiem, raz po raz przyklepując misternie ułożoną fryzurę. Panowie z nogi na nogę, trochę niezdarnie, jakby gdzieś im się spieszyło. I to niekoniecznie do świątyni, w której spędzą w ciągu najbliższych kilku dni sporo czasu.

Od ekstraklasy po poziom klasy C (tam, gdzie jeszcze występuje) wszystkie spotkania rozgrywają się w sobotę, lub/i poniedziałek. W czasie, gdy matki, żony i kochanki pieką pachnące serniki i inne cuda, starsi (i młodsi) panowie jak jeden mąż zakładają buty i maszerują na swój ukochany stadion. Czy jest to ten we Wrocławiu, Sosnowcu, czy Trzebini, kibicują Warkom, LZS-om i Błękitnym. Stadiony (boiska) notują w tym okresie rekordy odwiedzin. Sprzedając, mimo postu, setki kiełbasek. Komuś to przeszkadza? Nikomu. Ksiądz też by poszedł. Ale nie może.

Nie jego jednak jest żal najbardziej. Ani tych piłkarzy, którzy na niższym szczeblu przegrają takie spotkanie u siebie. Kogo zatem? Ano tych chłopów, których drużyny grają na wyjeździe.

Niechaj więc Wam wszystkim będzie mnie żal.

Wesołych Świąt.


Autor | Radosław Sikora