Radosław Sikora: Przesuszyli Rose

W końcu. Po dwóch latach męczarni – udało się. Odkąd Śląsk wrócił do elity rozgrywek, chyba żadna inna drużyna nie sprawiała mu tyle trudności. Przez te blisko dwa lata w TBL zielono-biało-czerwoni byli w stanie wygrać z każdym. Stelmet? Pach. Tauron? Pach-pach. Tylko radomianie uparcie stawiali czoła, ucierając nosa to u siebie, to we Wrocławiu. Basta!

Pięć porażek w ostatnich sześciu spotkaniach nie nastrajało zbyt optymistycznie przed meczem z Rosą. Tym bardziej, że w jej szeregach znajdowała się była gwiazda WKS-u, Danny Gibson, oraz nowy nabytek wprost ze stajni mistrza Polski – Mike Taylor. Po stronie gospodarzy za to totalny rozgardiasz. Większość koszykarzy na coś narzekało, jednego bolała noga, drugiego głowa, trzeciego jeszcze coś innego. Szpital na peryferiach. I po perypetiach. Jak w takim momencie podnieść się i stanąć jak równy z równym z uciążliwym przeciwnikiem? Wcale nie tak prosto.

Pierwsze dwie kwarty były przeraźliwie nudne. Rosa miała przewagę, bo Śląsk na to pozwolił i do czego już chyba przyzwyczaił. Podopieczni Rajkovicia nie mieli żadnego pomysłu na siebie. A jeśli mieli, nie potrafili go sprzedać. Przemówienie Martina Kaczmarskiego w przerwie między kwartami porywało o wiele bardziej, mimo, iż miał problemy z wysłowieniem się. Szczęśliwie dla wrocławian, Rosa nie potrafiła dobić gwoździa, za co niedługo później poniosła karę.

Zaczął rzucać Dłoniak, rozegrał się Wiśnia, Radivojević swoimi efektownymi rajdami między przeciwnikami i rzutami zza 9 metrów (no dobra, jednym rzutem) wzniósł w pewnych momentach widowisko na poziom Harlem Globetrotters. W parze z efektownością była efektywność, co w połączeniu z całkowitym zagubieniem przeciwników, przyniosło upragniony efekt. Pod koniec swój zespół próbował jeszcze ratować Gibson, jednak tego dnia Orbita była bardzo niegościnna. I na całe szczęście. Za dwa tygodnie derby z Turowem, przyda się powtórka. Jednak za tydzień…

Cieszmy się tym zwycięstwem, gdyż nadchodzi mecz wyjazdowy.


Autor | Radosław Sikora