… a zostawił domek z kart. Niechybnie znika z naszej Ekstraklasy postać nietuzinkowa. Bohater wielu żartów, nasiadówek i interwencji w pewnym wrocławskim mieszkaniu socjalnym. Koneser trunków wszelakich, ze specjalnym zamiłowaniem do fioletowego płynu. Prawdziwy człowiek mody i jeden z najzabawniejszych uczestników konferencji prasowych.

Byłego już trenera Śląska można było słuchać bez przerwy. Spijać każde jego wypowiedziane słowo, a potem zwijać się ze śmiechu po podłodze. Taki to już zabawny język. Ale to se ne vrati. A właściwie – to nepřijde zpět.

Stanislav Levy objął wrocławską drużynę blisko półtora roku temu. Wtedy jeszcze, mistrza Polski i zdobywcę Superpucharu. Otrzymał ekipę po Oreście Lenczyku zaraz po tym, jak ta dostała dwa mocne gongi od Niemców w Lidze Europy. Swoje panowanie rozpoczął dosyć skromnie, jak na wrocławskie aspiracje, jedynie trzecim miejscem w lidze. Byliśmy dumni, kiedy Jego drużyna zlała w kolejnej edycji europejskich wojaży Belgów. Potem nieco zgryźliwi, po dwóch szybkich hiszpańskich prostych.

Jego El Dorado z czasem powoli się kończyło. Gasł w oczach sam Staszek. Powolna degrengolada poczciwego Czecha. Prawda jest taka, że nie mógł za bardzo liczyć na wsparcie zarządu klubu. Pozbywanie się kluczowych piłkarzy, czasem wręcz ich tracenie i niemożność zastąpienia nikim konkretnym, uboga kadra – to wszystko nie działało na korzyść Levego. A przecież nie on ponosił za to winę.

Kiedy dziennikarska brać solidarnie kpiła i traktowała szkoleniowca z przymrużeniem oka, w jego obronę często stawali sami piłkarze. Nie mogło być im łatwo, bo kogo nie rozbawił choć jeden dowcip, którego bohaterem był wielbiciel ambrozji? Bardzo ciężko o autorytet w takiej sytuacji.

Przez medialne zabawy z wizerunkiem Czecha, którym bynajmniej nie pomogło lipne CV wystawione w chwili zatrudnienia przez Zarząd, Stanislav Levy stał się karykaturą trenera. Idealnym szkoleniowcem do naszej imitacji piłkarskiej ligi. I mimo olbrzymich ambicji Wrocławia do posiadania silnej drużyny w T-Mobile Ekstraklasie, za sterami zasiadł trenerski odpowiednik Ferdka Kiepskiego. A jego przedłużeniem był rozgrywający, odpowiednik Waldusia Cyca. Co, niepodobny?

Czech wytrzymał w wypalającej się drużynie i tak zaskakująco długo. Głównie dzięki temu, że wypalił transfer Marco Paixao. Bez jego bramek, pożegnanie nastąpiłoby znacznie szybciej. A zarządca mieszkania socjalnego musiałby je opróżnić o wiele wcześniej.

Śląsk Wrocław nie wygrał w ośmiu kolejnych spotkaniach od listopada ubiegłego roku. Pretekst idealny? Jak najbardziej. Decyzja o pożegnaniu nie dziwi nikogo, bo każdy jej oczekiwał. Sami piłkarze po porażce z Ruchem tylko dolali oliwy do ognia. Gramy tak jak nam trener każe. I skończyło się El Dorado. Od mistrza Polski do widma spadku, które coraz wyraźniej macha na przywitanie.

Kto może zastąpić Levego? Idealnym kandydatem wydaje się, pozostający wciąż bez zatrudnienia, Smutny Waldemar. A że Fornalik jak Smuda, do polskiej ligi można go brać w ciemno. Drużynę poukłada, wynik zrobi, tylko już te konferencje jakieś takie inne… Pobożne życzenia, Wrocławia nie stać na byłego selekcjonera. Miasto ma swoich kandydatów. Czy równie oryginalnych jak sympatyczny Czech? Wątpliwie, ale czas pokaże.

Znika nam z ligi jeden parodysta, ostatni ostał się już w Krakowie.

Autor | Radosław Sikora