Był smutek, szloch i łzy. Błysk fleszy, długa cisza przerywana urywanymi słowami. Prezes, rzecznik i On. Kiedy drużyna Śląska trenowała podczas zagranicznego obozu, nie mogąc doczekać się sparingu z ukraińską Zorią Ługańsk (nomen omen zremisowanym 2:2), Sebastian Mila wrócił do Wrocławia dzień po podpisaniu kontraktu z Lechią Gdańsk. Pożegnać się.

Mila pierwszy raz zielono-biało-czerwony trykot założył sześć i pół roku temu. Zbliżał się początek sezonu 2008/09 a on przeniósł się do Wrocławia z ŁKS-u Łódź, z którego w tym samym czasie został odpalony niejaki Paulinho. Sebastian w barwach WKS-u wystąpił w 216 meczach, zdobył prawie 40 bramek i zanotował blisko 90 asyst. Całkiem przyzwoite liczby. Zajmował z klubem każdą pozycję na ligowym podium, wygrał Puchar i Superpuchar Polski. Nikt mu już tego nie odbierze.

Odchodzi do Lechii, bo tak chciał, bo w Gdańsku tego potrzebowali i – jak się wydaje przede wszystkim – bo dla Śląska był to świetny interes. Mniejsza o konkretne kwoty, po prostu przy Oporowskiej dostali sporą sumę za zawodnika, który wszystko co najlepsze ma już CHYBA za sobą. Budżet płacowy został odciążony, będzie kasa na wzmocnienia. Z biznesowego punktu widzenia zyskał każdy z zainteresowanych. Z marketingowego, no cóż, na pewno zyskała Lechia. Jakby nie było, Wrocław stracił swoją ikonę.

Miło ogląda się takie scenki, jakie miały miejsce podczas pożegnania Sebastiana. Czy jest się kibicem Śląska, Lecha czy Legii, widzi się faceta, któremu zależało, dla którego ostatnie sześć i pół roku bardzo wiele znaczyło. Który identyfikował się z klubem i miastem. Kibic patrzy na kogoś, po kim widać, że miejsce, w którym przebywał przez ponad pół dekady, nie było mu obojętne. I pewnie już nigdy nie będzie. Jak powiedział, do Gdańska zabiera część Wrocławia, w postaci swojej córki.

Coraz mniej w naszej piłce prawdziwych piłkarzy-ikon. Lech ma Krzysztofa Kotorowskiego, Legia – Radovicia i Sagana, Wisła – Brożka i Głowackiego. W Gdańsku nie mieli nikogo, teraz nikt nie ostanie się we Wrocławiu. Jest w zasadzie Krzysiek Ostrowski, ale jego rola w zespole ostatnio bywa drugorzędna. Może na taki filar wyrośnie kiedyś Piotr Celeban. Pewnie jednak wcześniej odejdzie.

Sebastiana będzie brakować nie tylko na boisku (choć liczby nie kłamią). Przede wszystkim, przynajmniej tak sądzę, w umysłach i sercach kibiców. Do tej pory myśląc o Śląsku automatycznie przed oczami stawał Mila. Był jego bijącym organem. Organem, który wycięto i zastąpiono, przynajmniej na razie, pompą o zamazanym numerze seryjnym. Być może zadziała tak samo, albo i lepiej. Ale czy będzie to to samo?

Autor | Radosław Sikora