Obsada „Mistrza i Małgorzaty” rozpoczęła właśnie próby z orkiestrą. O sztuce, ale też planach i projektach życiowych rozmawiamy z Rafałem Karasiewiczem, drugim dyrygentem, który 5 lat temu porzucił etat w Teatrze Muzycznym Capitol i pojawia się tam tylko przy okazji ważniejszych wydarzeń.

05_02_karas

 

Nowy gmach teatru i wielka premiera. To będzie takie boom na początek?

RAFAŁ KARASIEWICZ: – Przyznam się że jeszcze nie zdążyłem być w środku i obejrzeć tych wspaniałych pomieszczeń. Mam nadzieję, że uda się nam zrobić coś ważnego. Do projektu zaprosił mnie mój największy autorytet w tym mieście, wirtuoz Piotr Dziubek. Zostałem przez niego zaproszony jako jego prawa ręka czyli drugi dyrygent. Piotr jest genialny i ma niezwykłe wyczucie. Reżyserujący sztukę Wojtek Kościelniak ma z kolei umiejętność robienia rzeczy z rozmachem. Rzeczy efektownych, a nie efekciarskich. Kompozycje Piotra Dziubka podbijają to wszystko. Zaproszony też został jeden z najlepszych choreografów w tym kraju Jarek Staniek. Nieoficjalnie z różnych rozmów wiem, że wymyśla niezwykle trudne układy. Zapowiada się wielkie wydarzenie.

Dyrygent to w teatrze muzycznym człowiek od czarnej roboty?

– Marek „Stingu” Popów powiedział kiedyś ciekawą rzecz. Przy „Jerry Springer – The Opera” po raz pierwszy orkiestra nie siedziała w kanale. Dyrygent nie widział sceny. Graliśmy to w Polskim Radiu, gdzie orkiestra siedziała za sceną i to wszystko było w systemie kamerowo-telewizyjnym. Ta taka nieco dziwna sytuacja, bo aktorzy widzieli w telewizorze dyrygenta, a dyrygent w telewizorze widział scenę. Próbując odpowiedzieć na to pytanie posłużę się cytatem Marka: ”Słuchaj Karaś, ja ciebie porównuję z woźnicą dyliżansu, do którego jest przypiętych 30 koni i każdy chce jechać w inną stronę”. I tą czarną robotą, o którą pytasz, jest, aby widz, czyli pasażer dojechał
bezpiecznie. Tą czarną robotą jest trzymanie w lejcach tych koni, żeby nie jechały na lewo i prawo, ale żeby jednak jechały prosto i dojechały do celu.

Teatr to nie jest jedyne miejsce, gdzie się realizujesz. Ostatnim projektem była płyta Krzysztofa Kiljańskiego?

– Zostałem na nią zaproszony przez Artura Lesickiego, który odpowiada za wizerunek muzyczny tego zespołu. Pochwalę się,
że na płycie znalazła się nawet jedna moja kompozycja, z czego jestem bardzo szczęśliwy.

Jak nazywa się piosenka do tej muzyki?

– Żyć jak z nut.

Tytuł jakby o Tobie, bo muzyka to Twoja pasja. Gdzie można Cię jeszcze usłyszeć?

– Razem z wybitnym polskim bandoneonistą Wiesławem Prządką i kontrabasistą Zbigniewem Wromblem gramy w zespole Tres Tangueros. Wykonujemy własne aranżacje wirtuoza bandoneonu Astora Piazzolli i kolejnego giganta, tym razem akordeonu Richarda Galliano. To jest projekt poszerzany. Przystosowany do dużych sal filharmonicznych, bo często gramy też z orkiestrami. W większym projekcie dołącza też genialna, przegenialna, charyzmatyczna śpiewają aktorka Justynka Szafran. Do tego dochodzi wtedy też para taneczna i mamy jakby takie tango szoł. Duża trasa koncertowa szykuje się na okres świąteczno-karnawałowy, bo wtedy ludzie są chłonni takich wydarzeń. I właśnie w karnawale będziemy grali sobie w różnych miejscach Polski ten poszerzony program.

Niebawem minie pięć lat od porzucenia przez Ciebie etatu w teatrze. Nie żałujesz?

– Jestem na tym etapie życia, że jeśli nie chcę czegoś robić, to tego nie robie. Postawiłem na niezależność. Nigdy nie chciałem się zaszufladkować. Uznałem, że jeśli ktoś już idzie w kierunku muzycznym, to taki ktoś powinien wiedzieć jak najwięcej.

Rozmawiał | Daniel E. Groszewski
Foto | archiwum Rafała Karasiewicza

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPaweł Karpiński: Mały, biały … pasywny domek!
Następny artykułI jest życie na Ołbinie!
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.