Miniony tydzień był dla mnie maratonem doznań. Obejrzałam trzy spektakle, w tym jeden muzyczny i wysłuchałam dobrego koncertu. Ekipa capitolowskiego „Rat Pack” wywoła we mnie dawne wspomnienia i nowe emocje. Bawiłam się znakomicie – pisze Sabina Misakiewicz.

Był kiedyś w moim rodzinnym mieście pub. Należał do przyjaciela ojca. A, że przyjaciel był ciągle zadłużony u moich rodziców, więc uważałam, że pub był trochę nasz.  Przesiadywałam więc w nim po lekcjach zamiast wisieć głowa w dół na trzepaku. W nim dowiedziałam się, co to jest dobra muzyka. Tam  po raz pierwszy słyszałam Franka Sinatrę, Deana Martina i Sammy’ego Davisa Jr. i wiele, wiele innych znakomitych osobowości sceny muzycznej. Od tamtej pory przyjmuję muzykę, jak coś oczywistego, jak powietrze. Oddycham nią. Nie potrafię się bez niej obejść. Zadymiona knajpa sprzed lat wróciła w mojej pamięci właśnie podczas spektaklu muzycznego „Rat Pack”, kiedy Maciej Maciejewski na dużej scenie Capitolu, jako legendarny Dean Martin snuł się w kłębach dymu i szklaneczką whisky w dłoni. Fantastycznie oddał czar lat 60. Urzekł mnie jego głos i to, że przez cały spektakl bawił się postacią, co dawało entuzjastyczne reakcje publiczności. Konrad Imiela kolejny raz skradł moje serce popisami wokalnymi. To niewiarygodne, jak zmieniała się jego barwa głosu, kiedy był Sammym Davisem Jr. Znakomicie też sparodiował Johna Wayne’a i Louisa Armstronga. Publiczność szalała. Brawa nie milkły, a mnie zakręciła się łza w oku, kiedy w jednym z utworów śpiewał o tancerzu wędrującym z ukochanym psem (Bill ‚Bojangles’ Robinson). Wzruszenie dopadło mnie również, gdy na scenie pojawiła się Violetta Villas. Ona zawsze mnie złamie. Choćbym najmocniej starała się nie odczuwać, głos znakomitej Alicji  Kalinowskiej w roli Villas, nie pozwolił mi na to.  Zaś Błażej Wójcik, jako Sinatra cały był Frankiem. Gesty, mimika i pewnego rodzaju dostojeństwo, jakie charakteryzowało Sinatrę oddał perfekcyjnie.  Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o Siostrach Sisters (Alicja Kalinowska, Magdalena Wojnarowska i Marta Dzwonkowska), które nadawały miękkości i błysku w tym męskim świecie.  Nad całością czuwał niezastąpiony Marek Kocot, który rewelacyjnie wpisał się w konwencję estradowego szaleństwa lat sześćdziesiątych trzymając wysoki poziom konferansjerskiego sznytu i klasy. Muszę przyznać, że pewnie nie byłoby to wszystko tak soczyste i emocjonalne, gdyby  nie Big Band z fantastycznymi muzykami oraz Rafał Dziwisz i jego świetne tłumaczenie amerykańskich songów.  Należą im się ogromne brawa.

Spektakl „Rat Pack” rozbawił mnie, wywołał śmiech ale i parokrotnie wzruszył. Konrad Imiela, trzeba mu to oddać, zrealizował kolejny znakomity pomysł, którym zaskarbił sobie sympatię publiczności i udowodnił, że nie tylko Elvis żyje!

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | Łukasz Giza / Teatr Muzyczny Capitol