Roger Zelazny: Kroniki Amberu “Atuty Zguby”

Dwa tygodnie przerwy, ale wracam z kolejną recenzją z kanonu Sapkowskiego. Tak jak pisałem wcześniej, kontynuuję zmagania z Kronikami Amberu. Tym razem co nieco o pierwszej książce z serii o Merlinie – niestety nie dałem rady przeczytać kilku części, postaram się nadrobić za tydzień.

Przed przystąpieniem do czytania, chciałbym uprzedzić, że w recenzji mogą pojawić się spoilery względem poprzednich części.

“Atuty Zguby” to szósta książka z serii Kroniki Amberu. Akcja dzieje się jakiś czas po wydarzeniach zawartych w “Dworcach Chaosu”, niestety nie jest sprecyzowane jaki to dokładnie okres. Jak pamiętamy z poprzedniej części, Corwin po bitwie z Brandem poznał swojego syna – Merlina. Wprawdzie okazuje się, że obaj spotkali się już wcześniej, ale wtedy ojciec nie był świadomy, kogo widzi, więc poza wymianą kilku słów, do niczego więcej nie doszło.

Szósta część przenosi czytelnika z powrotem na Cień-Ziemi, gdzie Merlin podjął studia, a potem rozpoczął pracę jako specjalista w dziedzinie komputerów. Wybrał ten konkretny świat, by trochę bardziej poznać ojca, zrozumieć to kim był, co go ukształtowało, bo nie zapominajmy, że Corwin spędził tam wiele lat na wygnaniu.

Sam Merlin jest zadowolony z życia, jakie prowadzi, mimo że sielanka przerywana jest dziwnymi incydentami, które mają miejsce zawsze 30 kwietnia. Pewnie gdyby to były drobne wypadki, nawet nie zwróciłby na nie uwagi, jednak jest pewien, że ktoś próbuje go wtedy zabić. Nie wie tylko kto, czemu i dlaczego w ten konkretny dzień. Gdy w końcu postanawia coś z tym zrobić, znaleźć winnego, sprawy nieco się komplikują – między innymi ginie jego dawna dziewczyna, do której wciąż coś czuł, nawet jeśli nie przyznawał się przed samym sobą. Jego prześladowca okazuje się kimś, kogo istnienia nie przewidział nawet nikt z rodziny.

Ale koniec o fabule, przejdźmy może do samego Merlina. Chłopak jest synem księcia Amberu i Dary, która pochodzi z Dworców. O matce tak naprawdę wiemy niewiele, we wcześniejszych pięciu księgach pojawia się rzadko. O wiedzy na temat Corwina chyba nie trzeba wspominać, skoro był narratorem poprzednich części. Łącząc te dwa fakty tak naprawdę ciężko stwierdzić, czy Merlin jest podobny (osobowością) do któregoś z rodziców czy nie. Chociaż nie, śmiało można rzecz, że do Corwina raczej podobny nie jest, bo jakby mógł, skoro wychował się bez niego. I faktycznie tak jest – jego ojciec był przebiegły, zawsze rozważał multum możliwości nim na coś się zdecydował, spryt i inteligencja nie raz nie dwa wybawiły go z opresji. A Merlin wydaje się mieć – przynajmniej na razie, bo nie należy zapominać o jego pochodzeniu, plus wykształceniu zdobytym na Ziemi – więcej szczęścia niż rozumu. Zbyt często działa, nim cokolwiek przemyśli, co przeważnie kończy się nieciekawie, o ile nie źle. A szczęście trwa do czasu…

Na tle kronik Corwina “Atuty Zguby” wzbudzają we mnie mieszane uczucia. Jest podobnie, ale czasem Zelazny za bardzo rozwleka tekst. Momentami skupia się na zbyt wielu drobnych rzeczach, które tak naprawdę można by pominąć, bo chyba nie jest tak bardzo istotne to, ile pasty do zębów użyje Merlin. Oczywiście trochę wyolbrzymiam, ale tylko by podkreślić, co mam na myśli.

Początek jest obiecujący, po krótkiej chwili, w której tak naprawdę nie wiemy, czy dalej mamy do czynienia z Corwinem, czy może już z Merlinem, akcja się zagęszcza. Zelazny zarysowuje tajemnice, które mamy ochotę rozwiązać. Chłopak, mimo że narwany, jest sympatyczny, a i serce ma zdaje się po właściwej stronie.

Jedna rzecz bardzo zapadła mi w pamięć, bo to zbytnie rozwlekanie nie jest szczególnie uciążliwe, po prostu mogłoby być go mniej, ale kilkukrotny zabieg, w którym ktoś wie coś więcej od Merlina  (czy to jego ciocia, wuj, ktoś obcy czy znajomy) i oczywiście nie może mu tego zdradzić w tej chwili, był bardzo, bardzo irytujący. Jak z kiepskiego filmu.

–    Tak, Merlinie, wiem, o co chodzi, ale nie mogę teraz tego zdradzić, bo nie.

A potem, co pewnie oczywiste, już nie ma okazji do zdradzenia tego, bo albo dana postać zmienia miejsce pobytu, albo Merlin to robi. Rozumiem, gdyby to się zdarzyło raz, góra dwa razy – wtedy jeszcze jako tako sensownie dałoby radę to wyjaśnić, ale więcej? Nie, to zdecydowanie nie było fajne. Poza tym jednym zgrzytem książkę czyta się przyjemnie i mimo wszystko jestem ciekaw, jak potoczą się dalsze losy Merlina.

Za tydzień kolejna część, może części mam nadzieję. Do przeczytania!

Autor | Robert Plesowicz