Roger Zelazny: Kroniki Amberu “Ręka Oberona” i “Dworce Chaosu”

Dwa razy obiecywałem, ale na szczęście tym razem udało się dotrzymać słowa. Skończyłem cykl Corwina, a co za tym idzie, do mojej listy odhaczonych książek z kanonu fantasy mogę dopisać dwie kolejne pozycje, czyli “Rękę Oberona” i “Dworce Chaosu”. Jeszcze tylko pięć części kronik Merlina i uporam się z całym jednym punktem na liście Sapkowskiego. Dziesięć książek, jeden punkt, no cóż…

Ciężko pisać recenzję, nawet minimalnie nie odnosząc się do fabuły, ale dla tych, którzy nie przeczytali jeszcze książek, mogłoby się to skończyć spoilerami (czego chciałbym uniknąć) – uwierzcie, wystarczy parę źle dobranych słów, a przypadkiem mógłbym zdradzić odpowiedzi na pytania zadane we wcześniejszych tomach.

Jednak trzeba spróbować. W tych tomach dużo się dowiadujemy. Jest to zamknięcie cyklu Corwina, więc jakby nie patrzeć prawdopodobnie zostają rozwiązane wszystkie wątki, które przewinęły się w poprzednich tomach. Piszę prawdopodobnie, bo było ich sporo i mogło się zdarzyć, że coś pominąłem… ale załóżmy, że nie. Rozwiązanie wcale nie oznacza, że Zelazny zdradził wszystkie sekrety stworzonego świata. Część jak najbardziej, ale w zamian dodał kilka kolejnych, tak że od razu mam ochotę sięgnąć po kolejne części Kronik Amberu.

Czytając ostatnią część, a szczególnie jej końcówkę, z tyłu głowy kołatała mi się wspomniana we wcześniejszej recenzji “Gra o tron”. I naprawdę myślę, że Martin mógł trochę ściągnąć od Zelaznego, czego wcale nie mam mu za złe, bo jak się wzorować, to na najlepszych. Byle nie zwalać bezczelnie, ale tego przecież nie zrobił.

W recenzowanych dwóch tomach akcja przetykana jest momentami bardziej statycznymi, do tego stopnia, że początek piątej części momentami wydaje się  przegadany, wiele stron to retrospekcje, które dla kogoś, kto czyta Kroniki jedna po drugiej (albo przynajmniej dobrze pamięta fabułę poprzednich tomów), są zbędnym kawałkiem tekstu, ale trzeba go czytać, bo przecież może natrafimy na jakiś smaczek. Corwin dąży do celu, ale z każdej strony czuje zagrożenie, że cały czas coś czyha na niego w Cieniu i może zaatakować w najmniej spodziewanym momencie, a czytelnik czuje to razem z nim, czasem chciałoby się obrócić przez ramię i spojrzeć, czy nikt aby nie czai się w kącie pokoju.

Jak wspomniałem, w obu tomach dostajemy wiele odpowiedzi; w znakomitej większości przypadków czułem się zaskoczony, a w kilku doświadczyłem całkowitego “coooooo?!” I cieszę się, bo chyba każdy lubi książki, które są nieprzewidywalne, a w Amberze praktycznie wszystko jest możliwe. Tak jak podczas czytania “Krainy Chichów” starałem się domyślać, co może się stać, po części się udawało, ale przeważnie nie. W Kronikach jest po prostu zbyt wiele możliwości rozwoju akcji, by można ją było przewidzieć. Za co chwała Zelaznemu, bo tak złożony świat jest ciężki w stworzeniu i okiełznaniu, a jemu, na tyle na ile znam się na literaturze, udało się to znakomicie.

Zelazny w Kronikach Amberu bardzo wiele mówi o ludziach, o ich celach, o drodze jaką obrali, o tym, że drobne, niewyjaśnione spory, mogą przerodzić się w problemy kosmicznej skali. Pokazuje charaktery ludzi, co nimi rządzi, czego pragną i co są wstanie zrobić, by to osiągnąć. I stwierdza, że w gruncie rzeczy jesteśmy podobni, ale różne perspektywy mogą znacząc zmienić odbiór danej sytuacji. Wiem, że brzmi to trochę jak wstęp do filozoficznych rozważań, ale Zelazny tak wiele przekazu zawarł w swoim dziele, że ciężko to ubrać w słowa. Wystarczy przeczytać Kroniki, by zrozumieć, co mam na myśli.

Chciałbym jeszcze podzielić się cytatem, który bardzo mi przypadł do gustu. Małe zarysowanie sytuacji: Corwin odwiedza swój dom na Cieniu Ziemi, który stał opuszczony od kilku ładnych lat. Stwierdza, że jest doszczętnie zrabowany, ale odkrywa też inną nawet smutniejszą rzecz, która bardzo pasuje do sytuacji w naszym kraju (nie politycznej, jeśli ktoś o tym pomyślał):

“Nikt nie kradnie książek, oprócz przyjaciół.”

Bardzo krótki cytat, a jak wiele ze sobą niesie. I im dłużej się nad nim zastanawiamy, tym więcej można dostrzec.

Zaczynając piątą część sądziłem, że chwilę odpocznę od Corwina i jego rodzeństwa i na następną recenzję wybiorę całkiem inną pozycję, ale zbyt mocno wszedłem w ten świat i chcę już teraz dowiedzieć się, co się stanie dalej. A to chyba wystarczająca rekomendacja, by sięgnąć po cykl Rogera Zelaznego. Tak więc w dwóch albo trzech kolejnych wpisach, zależnie jak wiele czasu będę miał na czytanie, uporam się z kronikami Merlina. Do przeczytania!

Autor | Robert Plesowicz

 


WCZEŚNIEJSZE RECENZJE: