W pierwszy dzień szkoły po feriach syn wyszedł z domu z radosną miną. Miał jeszcze w tyle głowy obóz piłkarski i, co gorsze kazanie matki: nie biegaj w czasie przerwy, nie odzywaj się niepytany, nie pstrykaj długopisem w czasie lekcji, niczym się nie baw, bądź uważny, bądź grzeczny, kłaniaj się, uśmiechaj, nie daj sobie w kaszę dmuchać, miej zawsze własne zdanie, myśl, bądź mężczyzną. Już zamykając za nim drzwi, wiedziałam, że przegięłam. Bo niełatwo jest pogodzić „nie odzywaj się niepytany” z „miej zawsze własne zdanie” czy „bądź grzeczny” z „nie daj sobie w kaszę dmuchać.”

Kiedy miałam dziesięć lat i przed wyjściem do szkoły musiałam wysłuchiwać podobnych bzdur, starałam się myśleć, o czym innym. W duchu wyśmiewałam matkę, ojca i wszystkie świętości świata. Bo wiedziałam, że nawet, jeśli jest mróz trzydziestostopniowy, a mama kazała ubrać mi czapkę, to i tak zdejmę ją za rogiem. Zawsze robiłam po swojemu. Zawsze miałam ostatnie słowo. Zawsze byłam niepokorna, choć wciąż powtarzano mi, że pokorne ciele dwie krowy ssie. Ja zwyczajnie nie chciałam być cielęciem. I dzisiaj patrząc przez pryzmat swojej „indywidualności” widzę, że moje dziecko też cielęciem być nie chce, ale czapki za rogiem nie zdejmuje. A ja nie powinnam mieć wobec niego zbyt dużych zastrzeżeń. Fakt, no normalnie w łeb bym go nie raz trzepła, za wiercenie się. I za czytanie tych uwag w dzienniczku, że przeszkadza, bo ciągle ma coś do powiedzenia i do zapytania. No i pstryka długopisem. I niestety odpowiada niepytany. No ale jak ma się nie odezwać, jeśli zna odpowiedź? I zawsze ma własne zdanie. Ale poza tym jest grzeczny. Nawet za grzeczny… bym powiedziała. Czasem dzwoni i pyta czy może zjeść coś słodkiego. No, i kłania się. I koleżeński jest. Chyba, że ktoś mu za skórę zajdzie, to wtedy nie. Wtedy nie popuści. Poza tym prawie zawsze ma odrobione zadania, nauczone wierszyki i przeczytane książki na zapas. Ale taki niepokorny jakiś. I język ma niewyparzony. Bo zawsze stara się mówić prawdę, nawet pani od muzyki, że piosenka jest beznadziejna i odpychającą. Niestety biega w czasie przerw. No biega. I cholera czasem mam wrażenie, że część ocen ma z biegania, pstrykania długopisem i posiadania własnego zdania.

Wiem, że nie jest wzorem cnót, ale wiem też, że szanuje starszych ludzi, nie okłamuje mnie, nie kradnie pieniędzy z portfela, nie przywłaszcza sobie rzeczy kolegów. Ma dziesięć lat i jest dzieckiem, ale i mężczyzną. Potrafi przyznać się do błędu i przeprosić. Ciężko pracować, żeby osiągnąć cel. Jego celem teraz jest być lepszym na boisku i mieć czerwony pasek na koniec roku szkolnego. Na świadectwie. Ale nawet, jeśli tego paska nie będzie, a on pozostanie wierny swoim (i moim) zasadom będę z niego dumna. I przymknę oko na uwagi za bieganie w czasie przerwy.

Autor | Sabina Misakiewicz

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRadosław Sikora: Wyjazdy nam straszne
Następny artykułJacek Antczak: Libacja na skwerku #10
Pedagog, dziennikarz i animator kultury. Zakochana w teatrze. Jako reżyser postawiła już pierwsze kroki, jednak wciąż uczy się chodzić. Swoimi tekstami dodaje teatralnym wydarzeniom emocjonalnego wymiaru i piękna.