Kiedyś życie było prostsze. W czasie choroby babcia stawiała bańki, mama robiła mleko z miodem, masłem i czosnkiem, a tata owijał pierzyną. Nie trzeba było się o nic martwić. Teraz sama owinęłam się w koc i zaciskam na nim palce, z nadzieją, że wszystko, co złe minie. Cholera, że nikt nie wymyśli syropu na to, co mnie dolega.

Rozpłakałam się. Przed gabinetem lekarskim. Tuż po tym, jak dowiedziałam się, że uraz którego doznałam 10 dni temu, to nie bułka z masłem. Że, to tak łatwo nie minie, że czeka mnie długie leczenie, że koniec z wymachiwaniem palcem na dziecko, uczniów, a tym bardziej koniec z … najdrobniejszymi sprawami, do których owa ręka służy. Prawa ręka utracona na nieokreślony póki co czas, to  przygnębiająca perspektywa. I jakoś słabo mi się zrobiło i pomyślałam, że dorosłość przyszła za szybko. Że kiedy byłam dzieckiem zdarte kolana i wbite w tyłek płoty szybko się goiły. Grypy i inne ospy pod bacznym okiem domowników nie były takie straszne. A teraz? Klops. Chorowanie w dorosłym życiu jest do bani. Ta pożal się Boże dorosłość na każdym kroku nie pozwala o sobie zapomnieć. Dajże pożyć, hetero jedna! Dorosłość równa się byciu silną i twardą. Równa się też strzykaniu w krzyżu, biodrze, barku (sic!). Zgryźliwa starsza pani, przy boku której nie ma miejsca na słabości i użalanie się nad sobą. Niby trzeba jakoś o siebie zadbać, ale najlepiej tak, żeby nikt nie wiedział, nie słyszał, nie musiał współczuć i pytać o zdrowie. Tak byłoby idealnie. I bez chodzenia na L4. Kiedyś życie było prostsze. Dziecięcy ból można było wypłakać w dorosły rękaw taty czy mamy. Dorosły ból, jakikolwiek by nie był, zawsze przywołuje we mnie tamte ciepłe wspomnienia. Mamę, tatę i babcię, którzy byli czarodziejami w dziecięcej krainie prychania, gorączki i kataru. Wprawdzie, to nie katar i gorączka mi doskwierają, a ból jest zgoła inny, ale mimo to marzę o puchowej pierzynie, w którą okręcał mnie tata, wstrętnym mleku z czosnkiem i płomieniu świecy, od której babcia odpalała małą pochodnię, by z kolei nią odpalać bańki stawiane mi na plecach. Chciałabym być dzisiaj dzieckiem i móc wgramolić się na bezpieczne rodzicielskie lub babcine kolana. Usłyszeć, że wszystko będzie dobrze. Nie musieć odbierać telefonów, odpowiadać na maile i niepotrzebne pytania. Choć dzisiaj usłyszałam, że wszystko będzie dobrze i wsadziłam zasmarkany nos i zapłakaną buzię w duże, otulające mnie ramię, to wciąż miałam z tyłu głowy, że czasem przed najbliższym mężczyzną wstyd się przyznać, że chwilami nie ma się siły na bycie silną, niezależna kobietą. A prawa ręka… Kto by pomyślał,  jednak jest niezbędna w utrzymaniu władzy i niezależności. Na czas jej utracenia schowałam dumę do kieszeni, rękawem wytarłam nos i poprosiłam: Kochanie, zabierzesz mnie na obiad?

Autor | Sabina Misakiewicz