Oto nastał ten dzień, na który czekałam, nie wiedząc, co mnie w nim spotka. Zostałam bowiem wchłonięta w strukturę genialnego spektaklu Agaty Dudy-Gracz ”Ja, Piotr Riviere…”. Ona otworzyła przede mną głowę kata i ofiary. Wciągnęła mnie w labirynt emocji i obrazów. Nie mogę stamtąd wyjść. Nie mogę się nadziwić.

Moje dziecięce doznania związane z przeżywaniem sztuki teatralnej zaczęły się w czasach, kiedy wspólnie z rodziną oglądałam Teatr Sensacji Kobra w TV. Wtedy myślałam, że bycie aktorem, to nic trudnego. Wystarczy nauczyć się na pamięć tekstu i włożyć kostium. (O, jakże się myliłam!) Zazwyczaj w takim teatrze jest pani i pan, mają ekskluzywne ubrania, futra, skóry, lisy, rękawiczki. Najpierw rozmawiają, później się całują i kłócą aż w końcu jedno zabija drugie, strzelając z eleganckiego rewolweru. Prościzna. Po latach, kiedy już siedziałam na prawdziwej widowni teatru i oglądałam ”Emigrantów” Mrożka, zobaczyłam na scenie dwóch facetów, którzy nie mają ładnych ubrań, nie całują się i nie strzelają z rewolweru, a jednak potrafią przykuć uwagę widza o wiele bardziej, niż ci wcześniej wspomniani. Wtedy poczułam, że to cholernie trudna robota, tak trzymać w napięciu kilkadziesiąt minut i jeszcze na koniec dostać wielkie brawa. Od tamtej pory wiele wody w Odrze upłynęło, a ja za każdym razem wchodząc do teatru, robię to z trzepoczącym sercem. Wychodzę bogatsza. Zanim jednak zobaczyłam spektakl Agaty Dudy- Gracz „Ja, Piotr Riviere…” nie wiedziałam, co znaczy trzymać widza w napięciu. Nie widziałam tak genialnie poprowadzonego zespołu ludzi. Nigdy nie zdarzyło mi się płakać bijąc brawo. Nigdy nie zdarzyło mi się być całkowicie zasmuconą. Rozdartą na kawałki. Nie zdarzyło mi się przez z kilkanaście dni wciąż śnić obrazy, mamrotać pod nosem kwestie wyjęte z ust bohaterów i wzruszać się na samo ich wspomnienie.

Opowieść zaczyna się od końca. W białej przestrzeni, po mistrzowsku zaprojektowanej przez Agatę Dudę-Gracz, dzieje się historia już zapewne wielu znana. Młodzieniec wycina w pień całą wioskę, zacząwszy od swoich bliskich. Białe wciąga. Wchodzi w oczy i do ust. Zatyka. Zabiera oddech. Muzyka nie daje spokoju. Klimat czasem jak u Kusturicy, a czasem jak z klubu techno. Trupio blade twarze aktorskiego zespołu są niespokojne i przerażające. Budzą strach, ale i ciekawość. A ja daję się wieść za rękę. Dosłownie i w przenośni. Poddaję się sile przekazu. Pierwszy skurcz mięśni ma miejsce w czasie monologu Cezarego Studniaka (ojciec Piotra Riviere), kiedy to opowiada, jak mocno kocha swoja żonę. Jego przejmujący głos dociera w najdrobniejsze połączenia nerwowe w moim ciele. On kocha i nienawidzi ją nawet po śmierci. A tu śmierć nie jest końcem. Jest nowym początkiem. Dla wszystkich. Tak chciał oprawca. Od Studniaka się zaczęło, a skończyło na… sama nie wiem, bo właściwie się nie skończyło. Później było tylko gorzej. Ze mną. Następni bohaterowie zabierający głos w sprawie wdzierali się w środek mojego serca z siłą rażenia bomby atomowej. Kanaliki łzowe nie wyrabiały z produkcją płynu. Mięśnie kurczyły się coraz mocniej. Zaciskałam pięści wbijając paznokcie w dłoń. Czułam się jakbym połknęła wielki biały kamień, który nie pozwala mi się ruszyć, który sprawia, że jego zimno mnie przenika razem z głosem poszczególnych aktorów, razem z ich opowieściami, oddechami, krzykiem, śmiechem i strachem. W tym spektaklu nic nie działo się bezwiednie. Każdy najdrobniejszy szczegół jest bowiem przepracowany i okupiony godzinami prób. W każdej niemal minucie widać rękę doskonałej reżyserskiej wizji. Czułam się jedną z nich. Bolały mnie ręce i włosy. Historie pisane przez bohaterów stawały się moimi historiami, a ja stawałam się nimi. Czułam, jakby to mnie odzierano tam z godności i odzieży. Jakby mnie bito, gwałcono, opluwano i mordowano. Jakby mnie kochano i nie kochano. Akceptowano i wyśmiewano. Ale mimo to, nawet w jednej tysięcznej nie byłam i nie jestem w stanie odczuć tego, co rzeczywiście działo się w głowach, ciałach aktorów. Jaki wysiłek fizyczny wkładają w pracę, jak głęboko w trakcie spektaklu są w rolach.

Ponad trzygodzinny spektakl, to technicznie wykańczające show wypruwania sobie żył. Od pierwszej do ostatniej sceny. Znakomita dykcja, aktorski kunszt, wokal. Ruch sceniczny perfekcyjne opracowany i wyważony. I tu na brawa zasługuje Tomasz Wesołowski, który nad tym aspektem czuwał niczym Bóg-Ojciec. Każda rola, to swoiste dzieło sztuki. Nie umiem wyrazić podziwu dla znakomitej gry Tomasza Schimscheinera, Krzysztofa Wacha, Justyny Szafran, Heleny Sujeckiej, Cezarego Studniaka. To oni byli osią, która trzymała w ryzach. Nie darowałabym sobie, gdybym zapomniała o pozostałych aktorach, bo jak już pisałam każdy z nich grał na sukces całości. Każdy odgrywał swój własny spektakl, w swoim przypisanym z góry miejscu. Nie było lepszych i gorszych. Nie było i nie ma  gwiazdorzenia. Nie ma „talencików”. W tym spektaklu nie mogłoby zabraknąć nikogo, bo historia stałaby się o wiele uboższa.

Kiedy wyszłam w przerwie spektaklu okazało się, że nie umiem wbić się w real. W rzeczywistość „tu i teraz”. Że moja głowa jest w głowach bohaterów. Że wszystko, co zobaczyłam buzuje we mnie i już nie mogę się doczekać dalszej części. Ludzie otaczający mnie za głośno mówili, pchali się na mnie, oddychali mi w kark, śmierdzieli. Pletli bzdury, których normalnie nie mogłabym słuchać. Jednak nie miało to żadnego znaczenia, bo ja byłam w zupełnie innej przestrzeni. Byłam w Gminie Aunay.

Drugi akt utwierdził mnie w przekonaniu, że nic nie jest takie, jakie widzimy, jakie wydaje nam się, że jest. Okazuje się, że świnia nie jest świnią, wioskowy głupek ma serce, a świętą przerosła świętość. Wszystkie zdarzenia mają różne perspektywy. W zależności gdzie usiądę, tego doświadczam. Jak w życiu. Nikt nie jest zły ani dobry. Nie można ferować wyroków, kiedy się czegoś nie przeanalizowało. Nie zawsze marzenia, które się spełniają dają szczęście. Nic nie jest oczywiste. Obrazy są umowne. Kat raz jest katem, a raz przerażonym chłopcem, który jest miłosierny i pełen ciepła. Dobro wygląda jak zło, a zło jak dobro. Żabie spływa łza po policzku, a bezdzietna kobieta posuwa się do najgorszego, by zostać matką. Niemal wszyscy maja krew na rękach. Zdarzenia mają drugie i trzecie dno. I na koniec okazuje się, że to miłość jest wszystkiemu winna.

Wyszłam z teatru w deszcz. Ulewa nie zmyła ze mnie emocji. Nie uspokoiła mnie. Zmarznięta i przemoczona długo nie umiałam znaleźć w sobie słów, by w jakikolwiek sposób zkategoryzować, to w czym miałam zaszczyt wziąć udział. Piękna i dramatycznie smutna opowieść snuje się jeszcze we mnie. Błyski i czarowanki wciąż się we mnie świecą.

Autor | Sabina Misakiewicz